|
Przeszukaj Listonosza
Polecamy Witryny
● blogi
● wizytówki
● praca
● ogłoszenia
● internet
● brukowiec
● bajeczka
Sponsorzy
Imieniny
- Prezenty
Urodziny - Prezenty
|
Henry Slade - W poszukiwaniu czwartego wymiaru
W drugiej połowie XIX wieku tylko niewielu uczonych podjęło poważne badania w dziedzinie parapsychologii. Obok znanych nam już chemików Williama Crookesa i Aleksandra Butlerowa należy wymienić amerykańskiego profesora uniwersytetu w Pensylwanii, Roberta Hare i angielskiego inżyniera i podróżnika Alfreda Russela Wallace"a, autora głośnego dzieła: O cwdachj nowoczesnym spirytyzmie (1874), posiadającego wiele wydań i przekładów na obce języki.
W Niemczech badania tego rodzaju aż do 1877 roku nie były prowadzone, częściowo z braku okazji. Gdy jednak pojawiło się tam najsilniejsze ówczesne medium amerykańskie, lekarz dentysta Henry Slade, okazja taka nadarzyła się. Nie zainteresowali się jednak Siadem i jego niezwykłymi produkcjami mediumicznymi dwaj znakomici uczeni berlińscy, Herman von Helmholtz i Rudolf Virchov, gdyż uznali, że byłoby poniżej ich godności zajmowanie się badaniem zjawisk, które są sprzeczne z logiką. Natomiast badania takie podjął wybitny astrofizyk lipski, twórca tej dziedziny wiedzy, profesor Friedrich Zóllner.
Zóllner urodził się w Berlinie 8 listopada 1834. Od 1855 studiował początkowo tamże, następnie w Bazylei, gdzie uzyskał doktorat za rozprawę Photometrische Untersuchungen (Badania fotometry,czwartego wymiaru".
Zóllner był wierzącym protestantem, nie miał więc żadnych oporów przy nawiązaniu bliższego kontaktu ze Siadem, tym bardziej, że już wcześniej dotarły do niego informacje o jego niezwykłych manifestacjach. Uczony zmarł 25 kwietnia 1882 r. na atak serca. Szczegółowe sprawozdanie z doświadczeń z medium amerykańskim, wykorzystane w tej pracy, Zóllner zamieścił w swoim czterotomowym dziele Wissenschaftliche Abhandlungen.
Z dokumentów, jakie Henry Slade przedłożył dr Paulowi Gibierowi,.paryskiemu asystentowi przy Muzeum Historii Naturalnej, który sam przeprowadził z nim 33 posiedzenia wynika, że urodził się on w 1836 roku w Shatynii, hrabstwie Fradonia w Ameryce Północnej, a zatem gdy spotkał się z Zóllnerem w 1887 liczył 51 lat. W najwcześniejszym wieku miała się u niego objawiać władza neuropsychiczna. „Gdy jeszcze jako chłopiec uczęszczałem do szkoły - mówi Slade - często z różnych stron dawały się słyszeć stukania, nawet w mojej ławce, co ściągało na mnie surowe kary, bowiem oskarżano mnie, że stukam nogami, a i dziś jeszcze to samo mi przypisują". Pierwsze pismo bezpośrednie otrzymał ok. 1860 roku. Potem podróżował po Ameryce, Europie i Australii, wszędzie demonstrując swe uzdolnienia. W Londynie w 1876 z powodu tych niezwykłych manifestacji o mało nie został skazany na podstawie dawnego, a do tego czasu nie zniesionego prawa o czarnej magii, ostatecznie jednak został uniewinniony. „Wszędzie - mówi Slade - spotykałem ludzi, którzy oskarżali mnie o oszustwo, ale to znów dla osób poważnych stawało się powodem do ściślejszego badania rzeczy'*.
Bawił także w Petersburgu, demonstrując 27 lutego 1878 wielkiemu księciu Konstantemu, w obecności radcy stanu Aleksandra Nikołajewicza Aksakowa i profesora Aleksandra But-lerowa, pismo bezpośrednie, tj. pismo otrzymane bez widocznego udziału osób uczestniczących w seansie. Książę przyjął go bardzo gościnnie.
Na początku 1879 r. Slade uległ atakowi apoplektycznemu, w wyniku którego nastąpił paraliż prawej ręki, trwający kilka miesięcy. Bezwład ręki ustąpił w 1881, jednak nowy atak apoplektyczny spowodował następny paraliż, trwający aż do śmierci. Slade powłóczył prawą nogą i niezręcznie posługiwał się prawą ręką. W związku z tym wspomniany wyżej Paul Gibier zauważa: „Pewni jesteśmy, że gdyby w doświadczeniach swych chciał w czymś oszukiwać, prędko by to dostrzeżono, gdyż w ogóle nie posiadał żadnych uzdolnień prestidigitatora". Slade zmarł w 1886 roku. Poprzedniego wieczoru Zóllner przygotował dwa sznurki konopne o grubości około 1 milimetra i długości 148 centymetrów; następnie końce każdego z nich związał zwykłym węzłem i położył na kawałku papieru, po czym opieczętował własną pieczęcią w taki sposób, aby węzły były widoczne na krańcu pieczęci. Następnie papier został obcięty. Slade nie był wówczas obecny. Dwa inne związane na końcach sznurki, tego samego rodzaju i długości, zostały związane i opieczętowane następnego dnia przez Wilhelma Webera w jego własnym mieszkaniu. Z tymi czterema sznurkami Zóllner udał się do sąsiedniego mieszkania jednego ze swych przyjaciół, który przez osiem dni gościł Sladego w swoim domu. Tam też odbyło się omawiane posiedzenie przed Południem o godzinie 11.22 czterech opieczętowanych sznurków Zóllner wybrał jeden i aby nie stracić go z oczu. zanim obecni zasiądą do stołu, zawiesił go sobie na szyi w taki sposób, aby pieczęć zwisała z przodu jego ciała i mogła być obserwowana. Podczas posiedzenia, na którym Slade siedział po jego lewej stronie, nie spuszczał z niej oka. Ręce medium w każdym momencie były widoczne. Często dotykało ono lewą ręką czoła skarżąc się na ból, prawą zaś przytrzymywało pod brzegiem blatu stołu przypadkowo znalezioną, znajdującą się w pokoju deseczkę. Zwisająca część sznurka leżała niewidoczna na kolanach Zóllnera. Nie obserwował on zmiany pozycji rąk u medium, które sprawiało wrażenie zupełnie biernego. Na stole został położony sznurek z pieczęcią, a Zóllner przyciskał go w tym miejscu kciukami. Obok znajdowała się lewa ręka Sladego przykryta ręką jednego z uczestników posiedzenia.
„Chociaż życzyłem sobie tylko jednego węzła na sznurku - mówi uczony - powstało ich cztery w ciągu kilku minut w opisanych właśnie warunkach, w pokoju oświetlonym pełną jasnością dnia. ... Dziś jeszcze leżą przede mną cztery węzły w zawiązanym w wyżej opisany sposób sznurze, mogę je pokazać do sprawdzenia każdej osobie, mogę je przedstawić kolejno wszystkim uczonym korporacjom świata, celem przekonania ich, że nie chodzi tu o jakieś subiektywne złudzenie, lecz o obiektywne działanie uzyskane w rzeczywistym materialnym świecie, którego żaden ludzki rozum nie jest w stanie wyjaśnić na podstawie naszych dotychczasowych poglądów na przestrzeń i siłę".
Jak już wspomniałem, Slade zademonstrował pismo bezpośrednie księciu Konstantemu w Petersburgu. Zóllner postanowił powtórzyć ten eksperyment. Doszedł on do skutku 13 grudnia 1877 r. Uczony użył dwie nowe tabliczki szyfrowe, zaopatrzone w jego znaki i dokładnie oczyszczone. Zostały one złożone i mocno związane na krzyż sznurkiem o grubości 4 mm. Przedtem Zóllner włożył do środka rysik o grubości około 3 mm, ułamany z nowego pisaka. Tablice te położył na stole do gry wykonanym z drzewa orzechowego. Podczas gdy prof. Wilhelm Weber, Slade i Zóllner siedzieli przy stole i zajęci byli doświadczeniami magnetycznymi, przy czym ręce ich spoczywały na stole i ręce Sladego leżały 6 stóp od tabliczek, rozległ się w nich głośny szmer pisania. Gdy następnie rozwiązano i rozdzielono je, na jednej z tabliczek znajdowały się następujące słowa w dziewięciu
wierszach. Opisane wydarzenia, niezwykłe dziwne i całkowicie nie podporządkowane normalnym zjawiskom, wstrząsnęły uczestnikami posiedzenia do tego stopnia, że postanowili zaprosić do obserwacji tych fenomenów innych kolegów.
Następnego dnia Zóllner udał się do prof. C. Ludwiga i przekazał mu informacje o zaobserwowanych zjawiskach. Potem dołączyli do nich jeszcze tajny radca Thierisch, chirurg i prof. Wundt, filozof.
18 listopada po południu wymienieni wyżej uczeni zgromadzili się w mieszkaniu Zóllnera. Dzień wcześniej zakupił on nowy stół do gry z drzewa orzechowego i postawił go na miejsce stołu użytego w poprzednim doświadczeniu. Wszystkie tabliczki szyfrowe, pojedyncze i podwójne, stojące do dyspozycji Sladego. zakupił Zóllner wraz z przyjaciółmi i zaopatrzył we własne znaki. Seans był udany, trwał pół godziny. Zgodnie z wypowiedzią Thierischa omówiona wyżej próba ze scyzorykiem udała się, a oprócz tego w środku na jednej z podwójnych tabliczek, które Slade w obecności uczestników trzymał w swej prawej ręce nad brzegiem stołu, zostały napisane trzy zdania w języku niemieckim, angielskim i francuskim, każde innym charakterem.
Tego samego popołudnia Slade wyjechał z powrotem do Berlina. Zarówno Zóllnerowi, jak jego przyjaciołom dotychczasowe obserwacje wydały się w najwyższym stopniu interesujące, a fenomeny warte dokładnych badań, toteż z dużą wdzięcznością wszyscy przyklasnęli decyzji przyjaciela Zóllnera, Oscara v. Hofmanna, który zaprosił Sladego na dłuższy pobyt w jego domu w Lipsku. Dzięki temu mógł on być całkowicie odsunięty od natarczywej publiczności i prasy i wykorzystany jedynie do badań naukowych.
Slade przyjechał ponownie do Lipska sam, w poniedziałek 10 grudnia 1877. Następnego dnia, przed południem przybył do mieszkania Zóllnera. Przy stole stojącym na środku pokoju zasiedli prof. Weber, prof. W. Scheibner, Slade i gospodarz Położyli na nim swoje ręce i po chwili duży ręczny dzwonek postawiony pod stołem zaczął gwałtownie dzwonić, unosząc się poziomo nad podłogą 3 metry od uczestników. Równocześnie drugi stolik, znajdujący się przy drzwiach, zaczął się chwiać tak gwałtownie, że zrzucił z dużym hałasem znajdujące się na nim krzesło. W tym samym czasie zaczęła gwałtownie poruszać się
szafka z książkami. Na tabliczce szyfrowej położono mały tekturowy futerał na termometr i Slade podtrzymał ją pod brzegiem stołu. Futerał znikł, a Slade pokazał obecnym pustą tabliczkę, po trzech minutach jednak znowu znalazł się na niej. Nastąpiło również kilkakrotne pisanie rysika na tabliczkach.
W tym samym dniu te same osoby zgromadziły się na następnym posiedzeniu. Na stole ustawiono zapaloną świecę i kompas w oprawie nakrytej szybą. Igła była dokładnie widoczna. Obecni położyli ręce na stole, Slade i W. Weber byli oddaleni od kompasu 1 stopę. Po pięciu minutach igła zaczęła się gwałtownie wahać, w łuku 40-60 stopni, przy czym wykonała kilka pełnych obrotów. Slade podniósł się od stołu i zbliżył się do okna. Przypuszczał, że igła będzie poruszać się nadal bez niego. jednak tak się nie stało. Dopiero gdy stojąc, połączył ręce swoje z rękami obecnych, przy czym jego ręka była oddalona pół metra od kompasu, igła nagle zaczęła się poruszać, a ruchy jej w końcu przekształciły się w obrotowe.
Celem powtórzenia doświadczenia Crookesa i Huggiusa z Hornem i harmonią, Zóllner posłużył się dużym ręcznym dzwonkiem i akordeonem pożyczonym od jednego z przyjaciół. Dzwonek został postawiony tak, jak przed południem, pod stołem, a Slade uchwycił akordeon, którego nikt z obecnych nie miał w rękach, w taki sposób, że strona opatrzona klawiaturą znajdowała się na stole. Podczas gdy jego lewa ręka spoczywała na stole, a prawa trzymała harmonię nad stołem, nagle zaczęła ona grać, a dzwon silnie dzwonić. Charakterystyczne jest, że nie dotykał on swymi brzegami podłogi. Następnie Slade oddał akordeon prof. Scheibnerowi i poprosił go o trzymanie go w taki sam sposób, a może zdarzy się, że bez jakiegokolwiek jego poruszenia znowu zacznie on grać. Zaledwie Scheibner wziął akordeon do ręki, zaczął on w taki sam sposób wygrywać jakąś melodię, podczas gdy dzwonek pod stołem znowu silnie dzwonił. Podczas tego ręce Sladego spoczywały spokojnie na stole.
W ten sposób niezwykły eksperyment Crookesa i Huggiusa został pomyślnie powtórzony, przy czym okazało się, że uzdolnienia mediumiczne można czasowo przekazać innej osobie, o ile pozostaje ona w kontakcie fizycznym z medium, tj. przez dotknięcie rąk. Oczywiście doświadczenie to przechodzi wszelkie wyobrażenie, gdy pomyślimy o melodiach wydobywających się z akordeonu i inteligencji kierującej tym eksperymentem.
Hipoteza monopolu magnetycznego
Następnie ustawiono przed W. Weberem dwa kompasy, mały i duży. Ręce uczestników jak zwykle spoczywały na stole wraz z rękami Sladego i znajdowały się w odległości 1 stopy od kompasów. Nagle mała igła zaczęła gwałtownie się kołysać, a następnie obracać, podczas gdy duża wykonywała tylko lekkie wahania, które zdawały się być wywołane ruchami stołu. Było oczywiste, że działały tu jakieś siły, mogące oddziaływać na magnetyzm ciał. Natura ich była nieznana, ale bezspornie wykonywała je niezidentyfikowana energia mediumiczna.
Wreszcie nastąpił kulminacyjny punkt eksperymentów magnetycznych. Zóllner zapytał Sladego, czy nie chciałby wykonać doświadczenia namagnesowania w sposób trwały igły ze stali nie namagnesowanej. Slade początkowo zdziwił się i uważał wynik za wątpliwy. Jednakże natychmiast okazał gotowość zrealizowania tej propozycji. Zóllner przyniósł większą ilość stalowych igieł do robienia pończoch i wraz z Wilhelmem Weberem wybrał jedną, którą bezpośrednio przed próbą sprawdził przy pomocy kompasu jako całkowicie niemagnetyczną, gdyż bieguny wskazówki kompasu nie były przez końcówki igły przyciągane.
Slade położył tę igłę na jednej z tablic szyfrowych i przytrzymał ją pod brzegiem stołu, a po czterech minutach oddał. Zóllner i Weber stwierdzili, że była ona teraz na j e d n y m końcu, i tylko na jednym, podkreśla Zóllner, tak silnie magnetyczna, że przyciągała nim opiłki żelazne i małe igły do szycia oraz wprowadzała łatwo wskazówkę kompasu w ruch obrotowy. Natomiast drugie jej zakończenie nie miało tych właściwości. Zóllner jako fizyk i zawodowy naukowiec wykazał tu dużą inwencję i zbadał, jaki biegun powstał na owym końcu igły. Okazało się, że powstały biegun był biegunem południowym, ponieważ przyciągał biegun północny wskazówki kompasu, a odpychał jej biegun południowy. ,,Igłę tę - mówi Zóllner
- posiadam jeszcze dzisiaj i w każdej chwili może być ona
dokładnie sprawdzona".
Tutaj należy uczynić pewną dygresję. Wynik opisanego wyżej doświadczenia stanowi jedną z największych rewelacji naukowych, jakie wydarzyły się obok materializacji żywej ręki i pisma bezpośredniego na posiedzeniach ze Siadem. Wiemy, że historia poglądów na magnetyzm jest bardzo ciekawa, nawet pasjonująca. Dotychczas nie udało się nikomu wytworzyć doświadczalnie jednego bieguna magnetycznego, czyli tzw. monopolu magnetycznego.
„Hipotezę »monopolów magnetycznych« - mówi Aniela Wolska - wysunął angielski fizyk teoretyk Paul Adrien Maurice Dirac już w 1931 roku. Jednakże dotychczasowe poszukiwania takich cząstek dały wynik negatywny, pomimo nader pomysłowych eksperymentów, przeprowadzanych w laboratoriach przez fizyków. ... Gdyby nam udało się wyodrębnić taki »mono-pol«, na przykład północny, i umieścić go w polu wirowym, to wędrowałby on wzdłuż linii magnetycznej zgodnie z jej zwrotem. Zatem, w odpowiednich warunkach mechanicznych, pojedynczy biegun krążyłby po zamkniętym torze, przebiegając go wielokrotnie. Obserwowalibyśmy więc »prąd magnetyczny« płynący »w zamkniętym obwodzie« na podobieństwo prądu nabojów elektrycznych".
Przykładowo podaję tu rysunek z pracy Anieli Wolskiej
- Elektromagnetyzm - jednego z takich projektów.
Doświadczenie myślowe - mówi autorka - dotyczące krążącego monopolu, nie jest całkowicie abstrakcyjne. Można je zrealizować umieszczając magnes w pobliżu przewodnika z prądem w taki sposób, aby tylko jeden biegun (północny) znajdował się
w polu prądu (rys.). Magnes NS wiruje w polu magnetycznym prądu płynącego przez metalowy pręt AB. Magnes jest umocowany na przewodzącym ramieniu r, które może wirować wokół pręta. Do dolnego końca A pręta prąd jest doprowadzony przez metalową rynienkę R z rtęcią, w której zanurza się haczyk h, połączony sztywno ze środkiem magnesu. Obwód prądu zamyka się przez wirujące ramię r. Magnes jest tak długi, że biegun południowy S znajduje się praktycznie poza obrębem pola magnetycznego prądu płynącego przez pręt. Pole to działa tylko na biegun północny N, który wiruje po »torze magnetycznym« -pociągając za sobą cały magnes. »Tor« jest opływany przez prąd magnetyczny. Nośnikiem prądu jest biegun północny ( + ). Jednocześnie w tym samym kierunku odbywa się krążenie bieguna południowego (-). Mamy tu zatem dwa przeciwprądy. Nie kompensują się one jednak, ponieważ są rozwinięte na długość równą długości magnesu".
Doświadczenie Zóllnera i Webera dowodzi, że jednak jest możliwe wytworzenie monopolu magnetycznego i że biegun taki powstał w wyniku oddziaływania siły czy energii mediumicznej, a więc prawodopodobnie generowanej przez medium, nie wiemy tylko, czy w sposób świadomy, czy nieświadomy. Wprawdzie Slade chciał wykonać to doświadczenie, ale chodziło w nim jedynie o „zwyczajne" namagnesowanie igły pończoszniczej, a nie o utworzenie w niej j e d n e g o bieguna magnetycznego. To. co w efekcie tej próby nastąpiło, było całkowicie nieprzewidziane. Stoimy więc wobec nowej zagadki fizycznej i parapsychologicz-nej, gdyż mechanizm tej niezwykłej akcji pozostaje całkowicie nieznany, a wynik - bezsporny.
Dziś, na podstawie własnego pomysłu monopolu magnetycznego wiem, że monopol otrzymany przez Zóllnera przy udziale Sladego był f a k t e m, a nie iluzją uczonego. Zresztą zainteresował się on uzyskanym efektem tak bardzo, że rozpoczął z medium amerykańskim całą serię nowych doświadczeń, kontynuowanych do końca jego pobytu w Lipsku.
Sądzę, że opracowanie teorii monopolu magnetycznego przyniesie konsekwencje natury praktycznej oraz liczne zastosowania. Mam nadzieję, że przyczyni się ona do ostatecznego wyjaśnienia istoty podstawowych zjawisk fizycznych i właściwości materii przedstawionych na poniższym schemacie.
Prawie regularnie na każdym posiedzeniu ze Siadem, podczas którego uczestnicy tworzyli łańcuch z rąk, tzn. trzymali je połączone końcami palców na stole, wyczuwali pod stołem dotknięcia jakichś rąk. Ręce te zmaterializowane i widoczne pojawiały się na krótką chwilę nad stołem. Zóllner pragnął uzyskać dowód istnienia tych rąk i zaproponował Slademu nowy eksperyment. Pod stołem ustawiono naczynie porcelanowe o średnicy jednej stopy i głębokości dwóch cali, całkowicie wypełnione mąką. Wyrażono następujące życzenie: „Spirits", o ile rzeczywiście istnieją, przed obmacywaniem uczestników winny zanurzyć swe ręce w mące i pozostawić tam po sobie odciski, zaś widoczne ślady ich dotykań dostarczyłyby resztki mąki pozostawionej na
ubraniach obecnych osób. Równocześnie można byłoby dokładnie obejrzeć i sprawdzić ręce i nogi Sladego.
Gdy uczestnicy jeszcze przez ok. pięciu minut zajmowali się eksperymentami magnetycznymi, w czasie których Slade trzymał ręce na stole, Zóllner nagle poczuł na prawym kolanie silny ucisk ręki trwający około sekundy. W momencie, gdy zakomunikował to obecnym i chciał powstać, miska z mąką została przesunięta ze swego miejsca na podłodze bez widocznego dotknięcia o około cztery stopy dalej. Zóllner stwierdził na dolnej części swego ubrania odcisk z mąki dużej, potężnej ręki, a na powierzchni mąki w naczyniu zostały wykonane odciski kciuka i czterech palców ze wszystkimi detalami struktury i fałd skóry. Natychmiastowe dokładne zbadanie rąk i nóg Sladego nie wykazało na nich najmniejszych śladów mąki, a po porównaniu jego ręki z odciskiem pozostawionym w mące okazało się, że ten ostatni był od niej znacznie większy. „Odcisk ten - mówi Zóllner - posiadam jeszcze dzisiaj, chociaż przez częste wstrząsanie dokładność zapisu (rysunku) wskutek opadania cząsteczek mąki powoli ulegała zniszczeniu".
„Slade - mówi dalej - był wielce zadowolony z udania się eksperymentów magnetycznych, mianowicie z namagnesowania igły pończoszniczej, próby, którą w następnych dniach powtórzyliśmy jeszcze kilka razy, zawsze z tym samym skutkiem".
Zóllner zamierzał wykonać pewne doświadczenie, popierające jego teorię czwartego wymiaru. „Ponieważ eksperymenty z magnetyzmem - mówi on - dowiodły, że pod wpływami, które w niewidoczny sposób otaczają Sladego, krążą we wnętrzu wszystkich ciał występujące tam prądy molekularne, tzn. mogły one zmieniać strukturę ciał (na czym zgodnie z teorią Ampere'a i Wernera w ogóle opiera się teoria magnetyzowania ciał), więc miałem nadzieję, że uda mi się wykonanie eksperymentu zaplanowanego w pierwszym tomie moich Wissenschaftlichen Ab-handlungen (s. 16 n), mianowicie przemianę kwasu winowego, skręcającego płaszczyznę światła spolaryzowanego w prawo, w kwas gronowy, a to dzięki czterowymiarowemu obrotowi cząsteczek. Niestety, eksperyment ten nie doszedł do skutku, gdyż medium „nie mogło zachować zmienionego stanu psychicznego". Niezależnie od tego Zóllner wykrył inny, bardzo ciekawy efekt.
W czasie przygotowań do powyższego eksperymentu posłużył się on zwykłym sacharymetrem polaryzacyjnym Mitscherlicha i zaznajomił Sladego z jego działaniem, m.in. z działaniem skrzyżowanych bardzo dużych pryzmatów Nicola. Ku najwyższemu zdziwieniu uczonego, Slade patrząc przez lunetę przyrządu skierowaną na jasne niebo, nie skonstatował żadnej zmiany podczas obrotu pryzmatów, to jest ich zaciemnienia przy skrzyżowaniu. Przez cały czas próby jego lewe oko było zasłonięte za pomocą okrągłej przesłony, osłaniającej całą twarz. Zóllner wziął książkę Tyndalla Faraday as a Discoverer, otworzył na 81 stronie i umieścił ją przed aparatem w momencie, gdy Slade przy całkowicie skrzyżowanych pryzmatach Nicola twierdził, że widzi jasne niebo. Przy najwyższym zdziwieniu obecnych medium bezbłędnie odczytało wskazane przez Zóllnera zdanie, znajdujące się na wspomnianej stronie książki.
Uczony zwrócił się żartem do swoich przyjaciół profesorów, ,,że wynaleziono bardzo prosty optyczny reagent na »media«, który przy ewentualnych oskarżeniach z powodu oszukańczego czarodziejstwa mógłby służyć jako wartościowy środek obron-ny".
W związku z tą uwagą słusznie dodaje tu znakomity parapsycholog polski, Józef Świtkowski, co następuje: ,,W literaturze nie znalazłem nigdzie wzmianek o takich próbach z innymi mediami, a szkoda, bo może żartobliwa uwaga Zóllnera okazałaby się faktem bardzo cennym w badaniach parapsychologicznych".
Ciekawe jest, że gdy Zóllner powtórzył po około dziesięciu minutach opisane wyżej doświadczenie, Slade nie mógł już nic więcej widzieć przy skrzyżowanych pryzmatach Nicola, a także wieczorem przy świecach było to niemożliwe. On sam wyjaśnił, że rano, wkrótce po rozpoczęciu eksperymentu „odczuwał wspomniane wpływy" („an influence"), zaś nieudanie doświadczenia przypisał „zmianie swego stanu (psychicznego)".
Prawdopodobnie chodziło tu o wyjście medium z transu, wskutek czego eksperyment z przemianą prawoskrętnego kwasu winowego w lewoskrętny kwas gronowy nie mógł dojść do skutku, oraz widzenie „sensytywne" przez skrzyżowane pryzmaty Nicola przekształciło się w widzenie normalne.
W sobotę, 15 grudnia 1877 wieczorem, gdy uczestnicy nowego posiedzenia rozmawiali w bibliotece o opisanym eksperymencie, nagle spadł z sufitu pokoju tuż pod ich nogi kawałek węgla wielkości pięści. Podobny wypadek wydarzył się później, gdy przyjaciel Zóllnera, Scheibner, po rozmowie ze Siadem zamierzał
opuścić pokój. Tym razem zamiast węgla spadł z sufitu kawałek drzewa.
11 grudnia po południu, po posiedzeniu uczestnicy zauważyli nagle nóż kieszonkowy Zóllnera, szczęśliwie zamknięty, unoszący się w powietrzu, który dość silnie uderzył w czoło Scheibnera, tak że jeszcze następnego dnia posiadał on tam wyraźny znak.
Ważną czynnością było zbadanie zjawiska odcisków ręki pozostawionych w naczyniu wypełnionym mąką. W tym celu Zóllner przygotował pół arkusza papieru, nakleił go na desce i równomiernie okopcił nad lampą naftową pozbawioną klosza. Papier został umieszczony pod stołem, a wokół zasiedli Wilhelm Weber, Slade i Zóllner.
Nagle deska została gwałtownie wyrzucona spod stołu na odległość około jednego metra i gdy Zóllner podniósł ją, na papierze znalazł ślad odciśniętej bosej lewej męskiej stopy. Natychmiast zbadano obie stopy Sladego oraz jego skarpetki, ale nie odkryto na nich żadnych śladów sadzy. Długość jego stopy od pięty do dużego palca wynosiła 22,5 cm, podczas gdy taka sama długość odcisku - 18,5 cm.
Powtórzony dwa dni później ten eksperyment z użyciem okopconego papieru naklejonego na desce tabliczce szyfrowej, miał podobny wynik: po czterech minutach na papierze ukazał się wizerunek tej samej bosej lewej stopy. Celem utrwalenia otrzymanych odcisków pokryto je rozcieńczonym alkoholowym roztworem szellaku.
Kolejny eksperyment, zaplanowany przez Zóllnera zgodnie zjego teorią czwartego wymiaru, był jeszcze bardziej interesujący. Użył on dwóch tabliczek cyfrowych, połączonych mosiężnymi zawiaskami (bookslate) i obie we wnętrzu wykleił papierem listowym równomiernie okopconym nad lampą naftową. Czynności te wykonał w obecności Sladego. Zgodnie z teorią Zóllnera odciski stóp powinny również powstać we wnętrzu zamkniętych tablic. Tutaj mamy bardzo ciekawy fragment jego sprawozdania, który przytaczam w tłumaczeniu.
„Slade śmiał się i sądził, że byłoby to absolutnie niemożliwe; same jego „Spirits", które zapytał, zdawały się być tą propozycją zmieszane, jednak w końcu udzieliły stereotypowo ostrożnej odpowiedzi na tabliczce szyfrowej: 'We will try it' (Spróbujemy to wykonać)".
Rozpoczęto posiedzenie. Zóllner położył sobie na kolanach zamknięte tabliczki, mogąc je częściowo obserwować. Wszyscy usiedli przy stole w jasno oświetlonym pokoju, tworząc łańcuch z rąk. Niespełna po pięciu minutach Zóllner poczuł, że tablice zostały dwukrotnie przyciśnięte do jego brzucha, przy czym nie dostrzegł niczego szczególnego. Trzy uderzenia w stół były sygnałem, że eksperyment jest zakończony. Gdy otworzono tablice, okazało się, że na jednej z nich był odcisk p r a w ej, na drugiej zaś lewej stopy, i to tej samej, który otrzymano poprzedniego wieczoru.
„Moi czytelnicy - mówi Zóllner - sami mogą zawyrokować, jak można jeszcze po takich faktach uważać pana Sladego za oszusta lub za kuglarza. Jego zdumienie po udanym doświadczeniu było jeszcze większe niż moje".
Jeśli opisane wyżej niezwykłe fenomeny, a w szczególności widoczna materializacja rąk i odciski stóp w mące i na zakopconych arkuszach papieru, nie poparły teorii czwartego wymiaru Zóllnera, to nie można odmówić im użyteczności w teorii spirytystycznej. Nasuwa się tu bowiem wiele prostych pytań, a mianowicie: czyje to były ręce pojawiające się podczas posiedzenia, czyje to były stopy pozostawiające ślady i odciski, kto pisał inteligentne zdania, odpowiedzi i sentencje na otwartych i zamkniętych tabliczkach szyfrowych, jak „Prawda zwycięży wszystkie błędy" lub „Nie mieliśmy zamiaru was przerażać, wybaczcie ten wypadek" i wreszcie jakie inteligencje zgodnie współpracowały z uczestnikami posiedzeń? Kto wypełniał ich życzenia w podanej kolejności, kto wreszcie i za pomocą jakich środków, sił i energii produkował wszystkie opisane fenomeny bacznie obserowane przez podejrzliwych uczonych świadków? Czy w opisanych dokładnie warunkach i przy podjęciu tylu środków ostrożności można tu przypuścić iluzję czy halucynację i tricki doskonale wyszkolonego prestidigitatora?
Tak jak profesor Zóllner sądzę, że krytyczny czytelnik na pewno dojdzie do wniosku, że wszystkie opisane zjawiska paranormalne były prawdziwe, i że generowały je jakieś inteligentne niewidzialne istoty o umyśle podobnym do naszego, choć o ich istnieniu nic nie wiemy i niczego pewnego nie możemy powiedzieć. Zawiłość tego problemu oczywiście nie postuluje zaprzestania dalszych badań. Światły umysł nie obawia się żadnych trudności. Myśl poznawcza zaprowadziła człowieka w otchłanie podziemnych jaskiń i głębin morskich, ona kazała mu
jiotrzeć do powierzchni srebrnego globu, ona wreszcie nakazuje jgu odważnie badać fascynujące tajemnice parapsychologii i odsłaniać tajniki natury ludzkiej.
Eksperymenty Zóllnera-Webera z jasnowidzeniem
Następne eksperymenty ze Siadem odbyły sie w czasie jego trzeciego pobytu w Lipsku, tj. od 2 do 10 maja 1878. Miały one na celu przede wszystkim udowodnienie teorii Zóllnera. Nie bez „powodu rozprawa, w której omówił te doświadczenia nosi tytuł: Zur Metaphysik des Raumes. W pracy tej chciał on udowodnić istnienie absolutnej przestrzeni czterowymiarowej.
Po raz trzeci Slade przyjechał do Lipska na zaproszenie przyjaciela Zóllnera, Oscara von Hoffmana; od 2 do 10 maja mieszkał w jego domu, całkowicie odsunięty od publiczności. Z nim też prowadził Zóllner większość swoich badań. Podkreśla on że w poprzednich eksperymentach z węzłami powstałymi na zawiązanym sznurze nie zbadał dokładnie kierunku skręcenia włókien oraz ich wielkości. Obecnie chciał uzupełnić te obserwacje.
Piętnastominutowy eksperyment został przeprowadzony 8 maja 1878 wczesnym rankiem w jasno oświetlonym pokoju. Zóllner związał oddzielnie dwa paski wycięte z miękkiej skóry o długości 44 cm i szerokości 5-10 mm (nierównej w rożnych miejscach) i opieczętował swoją pieczęcią w taki sam sposób, jak w doświadczeniu z węzłami. Następnie położył je oddzielnie na stole, przy którym zasiedli Hoffman i Slade. Zóllner umieścił teraz ręce na obu paskach, a medium, które siedziało po jego lewej strome, położyło na krótką chwilę swoją prawą rękę na jego rękach. Slade stwierdził, że widzi nad rękami Zóllnera unoszące się światło i czuje zimny powiew. Takie samo wrażenie odczuł również uczony, nie zobaczył jednak światła. Czując nadal ten zimny chłód, gdy Slade zabrał rękę i oddalił ją na 2-3 decymetry, poczuł wyraźny ruch obu pasków pod swoimi rękami. Bezpośrednio po tym rozległy się w stole trzy uderzenia. Po usunięciu rąk uczestnicy stwierdzili, że paski zostały związane.
Następne doświadczenie miało na celu powtórzenie udanego eksperymentu, wykonanego przez Sladego w Petersburgu, w obecności wielkiego księcia Konstantego. Zóllner wziął jedną z tabliczek szyfrowych i położył ją pod stołem. Ręce Sladego spoczy wały jak zwykle na stole. „Nagle - mówi Zóllner - zjawiła się tuż przede mną jakaś duża ręka, wynurzająca się z pod blatu stołu. Wszystkie palce tej ręki szybko poruszały się i mogłem dokładnie obserwować je w ciągu co najmniej dwóch minut. Ręka ta była blada, barwa jej przypominała zieleń oliwkową. Podczas gdy wciąż widziałem ręce Sladego spoczywające tuż przede mną na stole, a on sam siedział po mojej lewej stronie, wspomniana ręka uniosła się nagle jak strzała jeszcze wyżej i silnie uścisnęła moje górne lewe ramię przez ponad minutę. Ponieważ swoją uwagę całkowicie zwróciłem na obserwację obcej ręki i uchwycenie mojego górnego lewego ramienia było tak nagłe i zdarzyło się dla mnie niespodziewanie, nie byłem w stanie powiedzieć czegoś o budowie ramienia, które miało związek z ręką nad blatem stołu. Gdy ręka ta zniknęła, a ręce Sladego tak teraz jak przedtem leżah na stole, zostałem uszczypnięty w prawą rękę, w której przez te cztery minuty wciąż jeszcze trzymałem wspomnianą tabliczkę pod stołem i to tak silnie, że musiałem mimo woli krzyknąć. Manifestacja ta zakończyła omawiane posiedzenie".
15 grudnia 1877, przed południem, gdy Wilhelm Weber i Zóllner byli ponownie zajęci wraz ze Siadem wyżej wspomnianymi eksperymentami magnetycznymi, nagle pod stołem został rozpięty surdut Webera, wyjęto mu z kieszonki kamizelki złoty zegarek i cicho położono na prawej ręce trzymanej pod stołem. Podczas tego zdarzenia, które trwało około trzech minut i które w szczegółach dokładnie on opisał, ręce i nogi Sladego znajdowały się pod ścisłą kontrolą. Posiedzenie odbyło się w jasno oświetlonym, czterookiennym pokoju Zollnera.
Przypuszczenie, że w zjawiskach materializacji ręki miały miejsce praktyki oszukańcze oraz że użyto sztucznych rąk, np. gutaperkowych, jest zupełnie bezpodstawne, jak bowiem w takim przypadku wytłumaczyć celowe czynności, np. wyżej opisaną, wykonane przez tę rękę, a także wielokrotnie zaobserwowane jej nagłe pojawianie się i znikanie.
Zóllner przypomniał tu wspomniane już i należące do tej samej kategorii zjawisk zniknięcie i ponowne pojawienie się tekturowego futerału do termometru oraz nagłe zmaterializowanie się kawałka węgla i drzewa, które spadły z sufitu, gdzie ich przedtem nie było.
O podobnym wydarzeniu zaszłym w obecności Sladego w Wiedniu wspomniał baron Lazar von Hellenbach. Slade położył książkę i kawałek rysika na tabliczce szyfrowej, które
następnie wsunął pod blat stołu. Książka zniknęła, i nie można jej było nigdzie odnaleźć. W pewnym momencie spadła z sufitu na Stół przez dzwonki trójramiennego żyrandola, przy czym spadł łańcuszek z książką, którym przymocowana była osłona. Eksperyment ten powtórzono kilka razy.
Baron von Hellenbach opisał całe wydarzenie w liście skierowanym do Zollnera. W wyniku tego doniesienia prosił on Sladego o wykonanie podobnego doświadczenia, jednak o liście nie wspomniał, i nie powiedział o nim nic O. von Hoffmannowi.
Ten ostatni wręczył Slademu jedną książkę z podręcznej biblioteki. Slade położył ją na tabliczce szyfrowej i wsunął ją częściowo pod blat stołu, po czym natychmiast wyciągnął tabliczkę, ale bez książki. Zóllner i Hoffmann dokładnie przeszukali stół, przy którym siedzieli, a następnie cały pokój, ale książki nigdzie nie znaleźli. Zaledwie po około pięciu minutach zajęli poprzednie miejsca, książka spadła z sufitu prosto na stół, przy czym silnie uderzyła Zollnera w prawe ucho. Lot jej był ukośny, wychodzący z punktu za plecami profesora. Slade siedział przed nim, a ręce jego spoczywały na stole. Krótko przedtem poinformował on, że tak jak zwykle przy zjawiskach fizycznych widzi światła unoszące się w powietrzu albo przylegające do ciał, których jednak ani Zóllner, ani Hoffmann nie mogli
dostrzec.
Na posiedzeniu następnego dnia, 6 maja, przed południem w dniu słonecznym, Zóllner był świadkiem jeszcze bardziej zadziwiającego zjawiska, które zaszło niespodziewanie. Wraz ze Siadem zasiadł jak zwykle przy stole do gry, przy którym stał mały okrągły stolik. Jego wysokość wynosiła 77 cm, średnica blatu 46 cm, był wykonany z brzeziny i ważył 4,5 kg. Zaledwie położyli ręce na stole jedne na drugich, stolik zaczął chwiać się, gdy obaj dostrzegli na płycie stołu do gry wystający okrągły blat małego stolika, podczas gdy dolna jego część stała się niewidoczna. Wkrótce ruchy tego stolika stały się coraz szybsze, i gdy zbliżył się on do stołu do gry położył się na nim w taki sposób, że jego nogi, już teraz widoczne, były zwrócone do Zollnera. Dalszy Ciąg zjawisk był zupełnie nieokreślony. Slade wziął tabliczkę szyfrową, aby przy jej pomocy zapytać swych „Spirits", czego należy jeszcze oczekiwać.
Po chwili obaj stwierdzili, że mały stolik zniknął, i że w pokoju nie można go było nigdzie odnaleźć. W oczekiwaniu na zmaterializowanie się stolika zasiedli obaj do stołu oczekując w napięciu przez ok. 5-6 minut, co nastąpi. Nagle Slade dostrzegł znów unoszące się światło. Ręce obu spoczywały nałożone na siebie na stole. W pewnej chwili Zóllner zauważył w powietrzu, tuż za swymi plecami, na wysokości 5 stóp unoszący się stół, który z odwróconymi do góry nogami bardzo szybko szybował w kierunku stołu do gry. Spadając na blat tego stołu uderzył swoim kantem w głowy obu uczestników, którzy nie zdążyli się usunąć. Zóllner stwierdził, że jeszcze przez pełne cztery godziny po tym niebezpiecznym wydarzeniu odczuwał ból w lewej części głowy. Zniknięcie małego stolika trwało ok. 6 minut.
Zdaniem Zóllnera doświadczenie to całkowicie przeczy dogmatowi o niezmienności ilości materii w naszym trójwymiarowym świecie, natomiast w doświadczalny sposób potwierdza dematerializację i materializację ciał fizycznych. Uczony uważa, że stół po swym zdematerializowaniu musiał gdzieś istnieć i ilość materii zgodnie z prawem zachowania masy pozostawała absolutnie stała. Przyjmuje on, że stół znajdował się wtedy w czwartym wymiarze. Nie będę tu przytaczał jego szczegółowych rozważań w tej sprawie, a czytelników odsyłam do cytowanej pracy. Moim zdaniem prostsze jest przypuszczenie, że stół w czasie dematerializacji został rozproszony na niewidoczne cząsteczki, które w postaci gazowej unosiły się w pokoju i które później, podczas materializacji, uległy ponownemu skupieniu. Oczywiście przypuszczenie to nie tłumaczy tego niezwykłego zjawiska.
Zóllner przygotował następne doświadczenie, wykluczające wszelką ingerencję ludzką, w którym rezultat końcowy będący wynikiem zaistniałego działania paranormalnego zupełnie nie da się wytłumaczyć naszym dotychczasowym pojmowaniem praw natury.
Przygotował dwa drewniane pierścienie, przy czym każdy został wykonany z jednego kawałka drzewa dębowego i olchowego. Zewnętrzna średnica pierścieni wynosiła 105 mm, wewnętrzna 74 mm. Zóllner planował połączenie obu pierścieni na kształt ogniw łańcucha. Użycie dwóch rodzajów drzew wykluczało wszelką mistyfikację.
Następnie uczony zgromadził skorupy różnych ślimaków uformowane w lewą i w prawą stronę, każdego rodzaju przynajmniej dwa. Chodziło mu o zmianę kierunku skręcenia ślimacznicy.
Z wysuszonego jelita, używanego do fabrykacji kiełbasy. Zóllner wyciął zamknięty krążek (taśmę) o szerokości 4-5 mm. i posiadającą obwód 400 mm. W tym przypadku chodziło mu o powstanie węzłów na wstędze bez końca, którą zamierza! poddać badaniu mikroskopowemu.
Celem zademonstrowania w jeszcze bardziej poglądowy sposób występowania w tych wszystkich eksperymentach zjawiska przenikania materii, poprosił on tamtejszego artystę hutnika. Pana Gótze, o uformowanie całkowicie zamkniętej małej kulki szklanej o średnicy ok. 40 mm. Następnie uciął ostrym nożem kawałek świecy parafinowej, tak że dałaby się ona umieścić we wnętrzu kuli. Wykonanie takiej kulki ze świecą parafinową w środku bez jej stopienia było całkiem niemożliwe.
Po 30 posiedzeniach ze Siadem Zóllner doszedł do wniosku, że wszystkie zagadkowe manifestacje zachodzące w otoczeniu medium „wykonuje" ono nie samo, więc nie może on w sposób świadomy stawiać mu żadnych żądań, natomiast powinien mu wyżej wspomniane, planowane eksperymenty „pokazywać". Tym bardziej nie można było medium stawiać „warunków", w jakich ono ma realizować również dla niego dziwne zdarzenia.
3 maja 1878 wieczorem w posiedzeniu brał udział O. von Hoffmann. Na stole obok różnych przedmiotów leżały również dwie skorupy ślimaków, mniejsza i większa. Większa z nich pochodziła od ślimaka noszącego nazwę Capo turbus, poprawniej Caput turbo, i posiadała średnicę otworu 43 mm, mniejsza 32 mm. Zóllner przykrył mmejszą muszlę większą.
Gdy Slade trzymał w zwykły sposób jedną z tabliczek szyfrowych pod stołem, rozległy się stukania, tak jakby spadł na nią jakiś ciężki przedmiot. Gdy wyjęto tabliczkę spod stołu, leżała na niej mniejsza skorupa ślimaka, którą minutę przedtem Zóllner przykrył większą muszlą. Nastąpiło więc wyraźne przenikanie materii. Uczony zaobserwował przy tym inne ciekawe zjawisko. Gdy wziął muszlę do ręki celem dokładnego sprawdzenia, prawie natychmiast musiał ją rzucić, gdyż była bardzo gorąca. Zaraz dał ją Hoffmannowi, który również stwierdził jej wysoką temperaturę. Zjawisku przenikania towarzyszyła więc zmiana temperatury tego obiektu. Zóllner uznał tę obserwację za bardzo ważną.
9 maja wieczorem odbyło się nowe posiedzenie. Dwa pierścienie oraz obręcz wycięta z jelita wisiały na strunie baraniej związanej na końcach podwójnym węzłem i opieczętowanej pieczęcią Zóllnera. Zóllner i Slade usiedli przy stole, pierwsz\ położył swoje ręce na górnej części opieczętowanej struny, tak jak
wskazuje tablica. Obok stał mały stolik. Po kilku minutach Slade stwierdził, że widzi światło, a w pokoju dał się wyczuć słaby zapach spalenizny, wychodzący jakby spod stołu i przypominający zapach kwasu siarkawego. Krótko potem usłyszano stukanie na małym stoliku, przypominające upadek kawałków drzewa. Gdy Zóllner zapytał, czy posiedzenie może uznać za skończone, usłyszano trzy następujące po sobie uderzenia. Po powstaniu Zóllner i Slade w najwyższym zdumieniu stwierdzili, ze oba pierścienie wiszące jeszcze przed sześcioma minutami na strunie obecnie w stanie nienaruszonym znalazły się nawleczone na słup łączący okrągłą płytę mniejszego stolika z jego trzema nóżkami. Natomiast na strunie baraniej powstały dwa węzły, obejmujące krążek wycięty z jelita.
Zóllner zdziwiony i zadowolony krzyknął, widząc pozostawione na stole dowody owych niezwykłych fenomenów i przywołał Hoffmanna oraz jego żonę, znajdujących się w salonie. Tymczasem Slade wpadł w stan zachwycenia (trans) i stwierdził, że otaczające go istoty starały się, stosownie do życzenia Zóllnera, otrzymać węzły na pasku z jelita, zostały jednak zmuszone do przerwania tego przedsięwzięcia, ponieważ podczas tej operacji krążek z jelita wskutek podwyższenia temperatury zaczął się „topić". Obecni rzeczywiście stwierdzili to na jednym białym miejscu paska. Bezpośrednio po tym wyjaśnieniu Zóllner ogrzał nad świecą inny wycinek jelita i stwierdził, że powstała na nim podobna biała plama. Na podwyższoną temperaturę pierwszego krążka wskazywał zresztą zapach spalenizny zarejestrowany przez obecnych.
_ Z doświadczeń tych wynika, że żaden z oczekiwanych przez Zóllnera eksperymentów nie został zrealizowany. Pierścienie drzewne nie zostały nawleczone tak jak ogniwa łańcucha, natomiast w czasie pięciu minut powędrowały z opieczętowanej struny na nogę małego stolika. Ponieważ pieczęć nie została naruszona, musiały więc przeniknąć przez materię struny baraniej, a następnie przez drzewo brzozowe słupa małego stolika.
Zóllner zapytał Sladego, dlaczego jego eksperymenty zostały uwieńczone tak pięknym wynikiem właśnie w Lipsku, a np. doświadczenie z węzłami, mimo licznych życzeń, ani razu nie Udało się w Rosji. Slade odpowiedział, że niektóre paranormalne Operacje w Lipsku udały się zaledwie kilka razy i że obecnie (22 luty 1878) jego „medium" nie posiada do tego odpowiedniej siły.
5 maja 1878 odbyło się nowe posiedzenie w obecności Oscara von Hoffmanna. Było ono o tyle ciekawe, że Slade zademonstrował jasnowidzenie (clairvoyance).
W czasie pierwszego pobytu Sladego w Lipsku w grudniu 1877 Zóllner umieścił w dwóch małych pudełkach tekturowych kilka monet, które zalepił papierem. W pudełku okrągłym znajdowała się niemiecka pięciomarkówka, natomiast w prostokątnym dwie małe monety, (tablica VII). Po kilku miesiącach Zóllner zupełnie zapomniał o ich zawartości.
Pudełka te zostały obecnie postawione na stole, przy którym zasiedli Oscar von Hoffmann, Slade i Zollner. Ten ostatni wyjaśnił Slademu, że chodzi mu o przeniesienie monet, be/ otwierania pudełek, w jakieś inne miejsce. Slade wziął jedną z leżących na stole tablic szyfrowych, położył na niej kawałek rysika i wsunął prawą ręką połowę tabliczki pod blat stołu. Usłyszano szmer pisania, a gdy wyjęto tablicę, znajdowało się na niej pismo żądające położenia na tabliczce jeszcze jednego rysika. Żądanie to zostało natychmiast spełnione. Slade wsunął ponownie tabliczkę z rysikiem pod blat stołu, a obecni w napięciu oczekiwali, co nastąpi. Pudełka z monetami znajdowały się na środku stołu.
Upłynęło kilka minut, gdy Slade zdrętwiały i całkowicie zaskoczony, patrząc w jednym kierunku powiedział cedząc słowa i powtarzając je kilkakrotnie: »widzę... widzę pięć i osiemset siedemdziesiąt sześć«. Ani Slade, ani obecni nie wiedzieli, co to ma oznaczać. Nagle usłyszano upadek jakiegoś ciężkiego przedmiotu. Slade natychmiast wyciągnął trzymaną pod stołem tablicę, a na niej znajdowała się moneta pięciomarkowa z rokiem wybicia 1876. Zóllner natychmiast skontrolował większe pudełko i stwierdził, że było ono puste.
powierzchni tabliczki szyfrowej. Rysiki odbyły tę samą drogę, ale w odwrotnym kierunku. 3. Dzięki temu eksperymentowi zostało dowiedzione jasnowidzenie i to podwójne: pierwsze odnosiło się do „widzenia" cyfry 5 i liczby 1876, drugie zaś do wymienienia miejsca przeniesienia rysików. .,Musiał zatem - mówi Zóllner - istnieć obraz wyobrażenia zawartości pudelka prostokątnego istniejący winnej niż trójwymiarowej i niematerialnej inteligencji, zanim ona przekazała go za pomocą pisma. Dzięki temu, jak mi się wydaje, w bardzo zniewalający sposób zostało dowiedzione istnienie inteligentnych istot i ich aktywnego współudziału w na szych eksperymentach".
Celem przekonania osób nie biorących osobiście udział w posiedzeniach ze Siadem o rzeczywistości fenomenów paranoi malnych, a w szczególności powstawania pisma w zamkniętych podwójnych tabliczkach szyfrowych (book-state). Zóllner po stanowił przeprowadzić nowy eksperyment. Zakupił większa ilość takich podwójnych tabliczek, zaopatrzonych w zawias W środku na polerowanych ramkach miały one napis fabryczm „A.W. Faber Nr. 58", były prostokątne o wymiarach 260 x 18J mm. Ponieważ szerokość ramy wynosi 20 mm. więc wymian prostokątnej wewnętrznej powierzchni tabliczki są następujące: 220 i 144 mm. Odległość płyt po zamknięciu tabliczek: 6 mm Ramy po zamknięciu tabliczek przylegają do siebie tak ściśle, że niemożliwe jest wsunięcie do środka jakiegoś przedmiotu o do strzegalnych wymiarach, np. zwykłego papieru do pisania, a tym bardziej usiłowanie wykonania pisma. Tablice były zamykane za pomocą dwóch tulejek.
Jedną z takich podwójnych tabliczek Zóllner przekazał 6 maja 1878 profesorowi prawa kryminalnego na uniwersytecie lipskim. Wachowi. wyjawiając mu cel doświadczenia. W tabliczkach został umieszczony kawałek rysika, po czym zostały one zamknięte i zaklejone kawałkiem papieru oraz zapieczętowane obustronnie dwoma pieczęciami prof. Wacha. Z tymi tabliczkami Zóllner udał się do swego przyjaciela Oscara von Hoffmanna celem przeprowadzenia doświadczenia. Umieszczono je na stole obok palącej się świecy i poddano bacznej obserwacji. Slade poradził Zollnerowi, aby na tabliczkach przybił również swoja pieczątkę. Profesor roztopił lak i wykonał dwie pieczęcie, potem ' tabliczkę położono na poprzednim miejscu półtorej stopy od rąk Sladego, na których Zóllner położył własne ręce. Podczas doświadczenia prowadzono rozmowę. Zóllner zapytał Sladego,
nie robił doświadczenia, w którym zamiast otrzymywania pisma na tabliczkach szyfrowych uzyskiwano je na papierze przy pomocy ołówka. Slade oświadczył, że nie brał udziału w takiej próbie, ale że chętnie ją wykona. Zóllner wziął arkusz zwykłego papieru listowego, złożył go na pół i włożył do dużej koperty, umieszczając w papierze kawałek cylindrycznego grafitu o długości 5 mm i grubości 1 mm. Slade prosił, aby Zóllner uciął kawałek papieru i schował go w celu kontroli jego identyczności. Koperta została wsunięta pod zabezpieczoną tabliczkę szyfrową leżącą na stole. Obok niej uczestnicy położyli swoje ręce, Zóllner trzymał je na rękach Sladego.
Widzimy, że pierwotny plan eksperymentu uległ pewnej modyfikacji. Minęło kilka minut bez żadnego zdarzenia. Slade często drgał, jakby miał dreszcze, zaś niecierpliwi uczestnicy posiedzenia prosili go, aby zapytał swych „duchów" za pomocą swej tabliczki wsuniętej pod stół, co zamierzają uczynić. Gdy to nastąpiło, zaraz dało się słyszeć pisanie rysika i na tabliczce pojawiły się następujące słowa: ,,Look for your paper" (Spójrzcie na swój papier).
Gdy Zóllner podniósł zapieczętowane tabliczki, nie znalazł pod nimi koperty, zniknęła bez śladu. Gdy Slade ponownie zapytał „duchów", co oznacza to zniknięcie, na jego tabliczce pojawiły się następujące słowa: „The paper it between the slates and it is written on it" (Papier znajduje się między tabliczkami i na nim jest pismo).
Rzeczywiście, w środku podwójnych zapieczętowanych tabliczek szyfrowych, po ich silnym potrząśnięciu zaszeleściła koperta. Pomimo późnej pory, było wpół do dziewiątej, Zóllner natychmiast udał się do mieszkania swego kolegi Wacha, aby wjego obecności otworzyć tabliczki. Niestety, profesora nie było w domu. Zóllner zostawił mu wiadomość, że zjawi się następnego dnia, i wziął tabliczki ze sobą.
Profesor był tak przejęty tym doświadczeniem, że bez namysłu zrobił zakład o 300 marek ze swym kolegą, tajnym radcą Thierschem, które wyłoży w przypadku nieudania się ekperymentu. Jeśli pojawi się w tabliczkach pismo, wygraną sumę natychmiast przekażą Slademu. Zakład został przyjęty, przy czym Thiersch w przypadku przegrania zgodził się wypłacić Slademu Wymienioną sumę w postaci 1000 dobrych cygar.
Wieczorem całe towarzystwo zebrało się na kolacji w domu Oscara von Hoffmanna. Oprócz gospodarza i Zóllnera, obecni Bezpośrednio po zajęciu miejsc przy stole przez Zóllnera i Sladego i po krótkiej rozmowie na temat przenikania ciał medium poprosiło, aby Zóllner, wziąwszy do ręki dwie identyczne tabliczki szyfrowe, położył jedną z nich na stole, drugą zaś wsunął pod blat stołu i przytrzymał palcami lewej ręki w taki sposób, aby jednocześnie kciuk przyciskał tabliczkę górną. Pod tą ostatnią został położony ułamek rysika. Następnie Slade położył swoje ręce na stole w odległości około jednej stopy od tabliczki i poprosił Zóllnera, aby przykrył swoją prawą dłonią jego ręce. Zaledwie to nastąpiło, usłyszał on na dolnej tablicy szmer pisania. Trzykrotne stuknięcie świadczyło o zakończeniu próby. Zóllner wyjął oddzielnie każdą z tabliczek spodziewając się, że górna, pod którą znajdował się rysik, będzie zapisana. Jednak ku jego zdziwieniu pismo pojawiło się na tabliczce dolnej i to na tej jej stronie, która była przyciskana do stołu! Rysik pisał więc przez grubą na 3/4 cala dębową płytę, tak jak gdyby ona w ogóle nie istniała. Na tabliczce znajdowało się następujące polecenie w języku angielskim:
„Tego ranka uczynimy dla was niewiele - życzymy sobie, abyście zebrali swoje siły na wieczór; prosimy was, zachowujcie się biernie, gdyż w przeciwnym razie nie zdołamy zrealizować naszego dzieła. Stół bynajmniej nie przeszkadza nam - w ten sposób będziemy pisać częściej, ale lud nie jest na to przygotowa-ny".
Wieczorem tego samego dnia (9 maja 1878) nastąpił zdumiewający transport drewnianego pierścienia z zapieczętowanej struny baraniej na nogę drewnianego stolika.
Zóllner chyba tylko raz opisał dokładniej trans Slade'a. zwykle zaś zajmował się jedynie zjawiskami fizycznymi przez niego wywoływanymi. Sprawy jego psychofizjologii raczej go nie obchodziły. Przytaczam ten fragment w dosłownym brzmieniu. Posiedzenie odbyło się w dniu 7 maja 1878 przed południem.
„Zaledwie usiedliśmy - mówi Zóllner - Slade popadł, co dotąd tak bezpośrednio po zajęciu miejsc jeszcze nigdy się nie zdarzyło, w zachwycenie (trans), złożył ręce i mając oczy zamknięte zaczął mówić zmienionym głosem i głową zwróconą do góry, tak piękną modlitwę, że nigdy nie zapomnę wrażenia, jakie cyywarła na mnie ta podniosła mowa i żarliwość, z jaką ta modlitwa została wypowiedziana. Wrażenie było dla mnie tak silne i niespodziewane i przykuło mnie wskutek godności w całym zachowaniu Sladego, z jego rozpromienioną twarzą, w tak dużym stopniu, że zupełnie nie byłem w stanie myśleć o zapisaniu treści mowy. Kierował on prośbę do Boga o udzielenie błogosławieństwa naszym eksperymentom i o szczęśliwe zakończenie podjętego dzieła dla zbawienia całej ludzkości. Jak zwykle, przy obudzeniu z takiego stanu zachwycenia Slade wykonał głową kilka kołowych ruchów i nagle zbudził się z gwałtownym szarpnięciem, które wstrząsnęło całym jego ciałem i za każdym razem, krótko przed otworzeniem oczu. nastąpiło osobliwe trzaskanie jego mięśni szyi i szczęk. O treści mowy wypowiedzianej podczas zachwycenia Slade absolutnie nie miał pojęcia".
Przedstawione fakty zdają się dowodzić, że nie była to żadna symulacja ani improwizacja aktorska, lecz prawdziwy, autentyczny trans, w który tak często podczas posiedzeń zapadają media. Właśnie w transie generują one najbardziej nieoczekiwane fenomeny paranormalne.
Po obudzeniu się Slade spojrzał na tabliczki szyfrowe o zwiększonych wymiarach, które właśnie Zóllner zakupił. Zapytał, do jakiego celu są one przeznaczone, na co otrzymał dokładną odpowiedź, po której przystąpił do nowego eksperymentu. Chodziło w nim o otrzymanie pisma bezpośredniego w dwóch położonych na siebie czystych tabliczkach, przez nikogo nie dotykanych, tak jak w doświadczeniu z 13 grudnia 1877.
Po umieszczeniu w nich rysika, zamknięciu i czterokrotnym opieczętowaniu, położono je w rogu stołu do gry, z dala od rąk Uczestników. Utworzyli oni z nich łańcuch, przy czym Zóllner PfZykrył swoimi dłońmi ręce Sladego. co uniemożliwiało jakikolwiek ich ruch. Zaledwie to nastąpiło, tablice zaczęły się samorzutnie poruszać, częściowo podnosiły się do góry, co było dobrze Widoczne w świetle zapalonej świecy stojącej na stole. W końcu tablice ułożyły się w nieco innym położeniu i wówczas dał się słyszeć między nimi szmer pisania wykonanego silną ręką. Po trzech sygnałach i rozłączeniu rąk otworzono opieczętowane tabliczki w obecności v. Hoffmanna i jego żony. Po kilku minutach oczekiwania znowu pojawił się pod całym stołem opisany opar, a jeden lichtarz z zapaloną świecą ku zdumieniu obecnych poszybował nad stołem tuż koło Zóllnera. Po kilku sekundach opuścił się z powrotem na dół, a gdy obecni spojrzeli pod stół, w lichtarzu tam stojącym zobaczyli zapaloną świecę. Zóllner, pragnąc przekonać się, czy nie ulega halucynacji, umieścił nad świecą kawałek papieru, wskutek czego został w nim wypalony otwór, następnie wziął laskę laku do stempli, ogrzał jej koniec w płomieniu i stopiony lak przeniósł na papier, po czym odcisnął w nim swoją pieczątkę.
W dalszym ciągu posiedzenia Slade wpadł w trans i wygłosił powoli, mając zamknięte oczy, następujące przemówienie, zapisane przez O. v. Hoffmanna:
„Wszystko, co jest niezrozumiałe, pojawia się w cudowny sposób - wszędzie istnieje ogień. Pomyśl o krzemieniu, z którego się go krzesa, on znajduje się w każdym z ciał, które was otaczają. Niech to światło będzie dla ciebie ogniem alarmowym na ścieżce badań - symbolem owego światła, które musi przebić noc świata. Światło mózgu będzie oświecać twoją drogę życia.
Tego wieczoru wkroczymy w nową fazę; jutro rano zbierzemy siły i pokażemy wam nową fazę, jeśli atmosfera będzie nam sprzyjać".
Analizując treść kolejnych komunikatów i następujące po nich manifestacje paranormalne dostrzegamy w nich pewną logiczną całość i pewnego rodzaju dydaktykę, w której jak gdyby ukrywa się pragnienie ukazania badaczom coraz to nowych i coraz bardziej zdumiewających fenomenów i wprowadzanie ich w tajemnicze strefy nieznanego nam świata.
Wieczorem, o godzinie 19.30 całe towarzystwo siedziało w pokoju jadalnym. Na stole paliła się duża lampa. Nagle pani von Hoffmann krzyknęła i oświadczyła, że zauważyła na ścianie przy drzwiach refleks jasnego światła, wychodzący, jak można
fcyło sądzić, spod stołu. Slade siedzący naprzeciw wskazanego miejsca potwierdził to spotrzeżenie. Po chwili zjawisko kilkakrotnie powtórzyło się. Światło miało barwę niebieskobiałą i pochodziło jak gdyby z nagle zapalonego światła elektrycznego, a co najdziwniejsze - co pierwszy zauważył Zóllner - rzucało na ścianę ostry cień nóg stołowych, ale o takiej samej wielkości, co świadczyłoby, że promienie powodujące to zjawisko pochodziły ze źródła o bardzo małej wielkości, po wtóre, musiało ono znajdować się w dużej odległości. Obecni, pomimo przeprowadzonych poszukiwań, nie mogli odkryć źródła tego światła. Pomijam tu omówienie podjętej przez Zóllnera próby zinterpretowania tego zjawiska, opartej na jego teorii czwartego wymiaru.
Podobny fenomen świetlny powtórzył się jeszcze podczas dwóch nowych posiedzeń, 9 maja i 19 maja, w podobnych warunkach i w obecności innych osób. Barwa światła, zamiast niebieskobiałej, była teraz żółtoczerwona. Zóllner żałował, że nie miał przy sobie kieszonkowego spektroskopu, którym mógłby dokładniej zbadać naturę tego światła.
Opiszę teraz ostatnie, najciekawsze doniesienie uczonego lipskiego, zamieszczone w jego cytowanej książce. Chodzi tu o seans zorganizowany w dniu 15 grudnia 1877, o godzinie 17, w obecności Sladego i małżonków von Hoffmann w ich mieszkaniu.
Posiedzenie to było jedyne, na którym Zóllner chciał powtórzyć słynne doświadczenie Williama Crookesa z całkowitą materializacją zjaw w postaci ludzkiej. Sądził, że również ze Siadem uda mu się osiągnąć to, co wydarzyło się w obecności piętnastoletniej Florencji Cook, medium Crookesa. Jak wiadomo, wielokrotnie manifestowała się tam zjawa pięknej kobiety, nazywającej się Katie King.
Zaimprowizowano ,,ciemny gabinet" (do kondensacji energii dynamicznej) rozwijając w jednej części pokoju ok. 2 m nad podłogą sznur, a na nim ciemnozieloną zasłonę. Pokój był c^fSciowo zaciemniony, z ulicznej lampy gazowej wpadało do pieg© trochę światła. Slade siedział na swym zwykłym miejscu, ***& niego po prawej stronie pani von Hoffmann, potem Zóllner
Hoffmann. Uczyniono łańcuch z rąk leżących na stole. Zauważył, że żałuje, iż nie
postawił na stole ręcznego dzwonka. W tej samej chwili w odległości dwóch metrów
od stołu, w rogu pokoju rozległo się dzwonienie. W świetle lampy ulicznej obecni dostrzegli mały dzwonek, podnoszący się z etażerki, na której się znajdował i szybujący powoli nad dywanem. Ostatecznie dzwonek wylądował pod stołem. Tutaj znowu rozległo się silne dzwonienie i nagle w otworze powstałym w środku zasłony pojawiła się jakaś ręka z dzwonkiem, która postawiła go na stole.
Zóllner wyraził życzenie dotknięcia tej ręki, następnie, gdy ona pojawiła się znowu, silnie chwycił ją swoją prawą ręką i potrząsnął nią „przy jednoczesnym serdecznym śmiechu przyjaciela z innego świata". Ręka, jak stwierdził, była całkowicie ciepła i odpowiadała na uścisk tak serdecznie, że Zóllner - jak później oświadczył - przekazałby swoje odczucie wszystkim swoim oponentom naśmiewającym się z jego doświadczeń i nie wiedzących o tym, że na innym świecie panuje większa przyjaźń, niż tu na naszej ziemi.
Z tym sądem uczonego lipskiego nie bardzo mogę się zgodzić, przypominając tu zdarzenie z dematerializacją i materializacją małego stolika, który spadając z sufitu boleśnie uderzył Zóllnera i Sladego w głowę.
Po wypuszczeniu ręki Zóllner wręczył niewidzialnej zjawie jedną z tabliczek szyfrowych, pragnąc sprawdzić siłę mięśni jej ręki i pociągnął tabliczkę w swoją stronę. Nastąpiło krótkie szarpanie i po chwili Zóllnerowi udało sieją wyrwać z ręki zjawy. W czasie tego zdarzenia Slade siedział spokojnie, a ręce jego trzymali Hoffmannowie.
W końcu nastąpił kulminacyjny punkt posiedzenia - materializacja postaci ludzkiej. Jeszcze w czasie opisanych prób i obserwacji sponad górnej części zasłony wysunęła się częściowo zaokrąglona i błyszcząca fosforycznym światłem masa o wielkości ludzkiej głowy. Poruszała się ona powoli na tej samej wysokości z jednej strony zasłony w drugą i powtarzało się to kilka razy. Obecni odnieśli wrażenie, że z tyłu za zasłoną znajduje się świecąca postać, wychylająca górną część głowy ponad zasłonę. W pewnej chwili głowa ta zbliżyła się do tej części zasłony, przy której znajdował się Slade. Świecąca postać ukazała się nagle w całej okazałości przed zasłoną i stała się widoczna. Slade cofnął się przerażony, co wywołało śmiech obecnych. Zmaterializowana postać natychmiast cofnęła się i poszybowała za zasłonę, przesunęła się z taką samą prędkością na drugi jej koniec i tutaj znowu częściowo wychyliła się ponad górną je; część. Rysów twarzy i ludzkich członków uczestnicy nie mog!'
rozpoznać, gdyż oświetlenie pokoju było za słabe. Jasność i barwa światła fosforescencyjnego była podobna do tego, jakie obserwujemy w rurkach Geisslera. Zóllner i teraz żałował, że nie miał «rzy sobie kieszonkowego spektroskopu, którym mógłby zbadać naturę światła zjawy.
Opisane fenomeny materializacji postaci ludzkiej zdaniem Zóllnera w istocie były podobne do tych zjawisk, które wystąpiły na seansach Williama Crookesa. Na tym ciekawym zdarzeniu kończy się jego sprawozdanie z posiedzeń ze Siadem, które możliwie dokładnie przedstawiłem powyżej. Opis tych seansów - jak słusznie podkreśla w swym doskonałym artykule Józef
Świtkowski i co mogliśmy zauważyć - nie jest chronologiczny. lecz dość dowolny, bez zrozumiałego planu, jednak jest on niezwykle cenny i stanowi bogaty wkład do parapsychologii.
Jak można się było spodziewać, cztery tomy książki Zóllnera wywołały istną burzę. Różni uczeni i dziennikarze zarzucili mu, że padł ofiarą sprytnego oszusta, iluzjonisty i prestidigitatora, za jakiego uznali Sladego. Nie starali się wgłębić w drobiazgowe i pełne pedanterii opisy posiedzeń Zóllnera z medium amerykańskim, nie zwrócili uwagi na przedsięwzięte przez niego środki ostrożności, nie uwzględnili opinii i relacji profesorów: Fechnera, Brannego, Webera, Scheibnera i Thierscha, biorących udział w seansach, wreszcie nie zbadali przedłożonych fotografii. Wszystko to absolutnie nie miało dla nich żadnego znaczenia, wobec opinii wyrażonej przez Helmholtza i Virchova, że fakty takie są sprzeczne z logiką, a więc w ogóle nie mogą istnieć.
Nie będę tu polemizował z oponentami Zóllnera, natomiast na zakończenie tego rozdziału przytoczę zwięzłe sprawozdanie z doświadczeń ze Siadem, przeprowadzonych w 1886 roku przez doktora medycyny Paula Gibiera, asystenta Muzeum Historii Naturalnej w Paryżu, później dyrektora Instytutu Pasteura w *Nowym Jorku. W doświadczeniach tych brało udział kilku zaproszonych gości, ogółem odbyli oni 33 posiedzenia, w każdym z nich uczestniczyło 3 do 6 osób, najczęściej nieznanych Gibiero-WS- Po seansach sporządzano z notatek stenograficznych protokoły. Sprzęty służące do doświadczeń były dokładnie sprawdzane i me zawierały żadnych mechanizmów.
„Znajomość ze Siadem zrobiliśmy w charakterze lekarza; znaleźliśmy go w stanie nerwowej prostracji, której towarzyszy! lekki obłęd; stan ten trwał około pięciu dni. Wskutek szczególnego usposobienia nerwowego, a zapewne i wskutek częściowego paraliżu, Slade podlega ruchom refleksyjnym, mimowolnym gestom dość często występującym, które być może, stają się powodem do oskarżeń, jakie nań wkładają. Winniśmy tu zaznaczyć, że wiedząc o owych podejrzeniach, byliśmy zawsze, a zwłaszcza z początku, bardzo ostrożni i nieufni względem niego, ale pomimo bacznej uwagi, niezliczonych ostrożności i wybornego stanu naszych zmysłów, nie dostrzegliśmy w nim nic, co zdradzałoby chęć oszukiwania. Przyznać też musimy, iż^znając cel i powód naszych oględzin, pozwalał na nie z wszelką gotowością Doświadczenia swoje zaczynaliśmy od dokładnego obejrzenia pokoju, w którym dokonywać się miały (jeśli to nie było we własnym naszym mieszkaniu), kazaliśmy mu zdejmować obuwie oglądaliśmy wnętrze jego rękawów, spód ubrania itp., tak dalece, iż dziś czujemy się w obowiązku przeprosić go na tym miejscu za tę obrażającą nieco podejrzliwość. Oprócz paru seansów, które odbyły się w jadalni i w salonie naszego mieszkania (w Paryżu), główne doświadczenia dokonane były w dzień przy pełnym świetle, przed oknem, wychodzącym na plac De 1'Etoile, przy stole drewnianym, czarno pomalowanym, prostym, który za każdym razem obracaliśmy i badali ze wszystkich stron; stół ten mierzy 0,74 m wysokości i 1,08 x 1,02 m powierzchni".
Gibier podzielił wszystkie doświadczenia na dwie kategorie: w pierwszej manifestowały się różne zjawiska, w drugiej - pismo bezpośrednie. Do pierwszej zaliczył: 1. stukania i inne odgłosy, 2. podnoszenie się przedmiotów (lewitacje) pod wpływem dotknięcia medium, 3. ruchy przedmiotów mniej lub więcej ciężkich bez dotknięcia medium, 4. rozbijanie przedmiotów wskutek dotknięcia medium, 5. podnoszenie się przedmiotów bez widocznego dotknięcia, 6. zjawiska ekstazy, 7. materializacje. Zjawianie się rąk przy świetle dziennym, dotknięcia. Tutaj zajmę się tylko niektórymi zjawiskami, należącymi do grupy pierwszej ora/ omówię fenomeny „pisma bezpośredniego" zaliczone do drugiej
Paul Gibier obserwował wielokrotnie lewitacje tabliczki szyfrowej. Kilkakrotnie widzieliśmy - mówi on - jak tabliczka szyfrowa wychodziła z ręki Siada, przechodziła pod stołem prze:7 całą jego szerokość(ł,08 metra) i kładła się na mojej ręce; biorąc tabliczkę, uczuwałenn jakby wrażenie oporu, który wywierałaby ręka trzymająca tabliczkę. Przez cały ten czas nie traciliśmy z oczu rąk medium, jak również jego kolan, które trzymał z daleka od stołu. Podobne doświadczenie było zrobione w obecności pana L., redaktora jednego z paryskich dzienników politycznych".
Innym jeszcze duchem, który czasami, zamiast Owasso. przychodzi, jest duch pewnego szkockiego doktora, który przez usta Siada w poważnym tonie udziela rad lekarskich. Wszystko to widzieliśmy sami i słyszeli, lecz niewiele do tego znaczenia przywiązujemy. Slade nadto utrzymuje, iż w stanie takim zdarza mu się czasem, iż mówi po francusku, lub jakim bądź innym nieznanym mu językiem; ale tego objawu nie stwierdziliśmy.
„Raz mieliśmy Slademu zrobić operację bąbla natury łojowa-tej na części czaszki owłosionej. Ponieważ jest on na ból bardzo czuły, a przy tym tchórzliwy, nie można było myśleć o użyciu lancetu; zastosowaliśmy więc plaster gryzący. Ale i ten środek na samym początku okazał się dla Siada bardzo bolesny, a po kilku minutach ból stał się dlań nie do zniesienia: pot spływał po nim kroplami, drżał na całym ciele. Nasunęliśmy mu myśl, ażeby przywołał Owasso; ten ostatni nie dał się długo prosić; Slade zapadł wkrótce w stan ekstazy, i głosem zmienionym zaczął wesoło rozmawiać ze mną i p. A.F., który znajdował się w naszym gabinecie. Ból powinien się był stawać coraz dotkliwszy, a mimo to Slade nie zwracał na to uwagi, jakby nie o niego szło. Na początku operacji puls dosięgał 80 uderzeń na minutę, po trzech zaś minutach spadł do 60; skóra, tylko co przedtem rozgrzana, teraz ochłodziła się zupełnie, a Slade - Owasso wciąż śmiał się i rozmawiał z nami".
Niezwykle ważna jest następująca wypowiedź Gibiera, objaśniająca pewien ciekawy szczegół omawianych eksperymentów:
„We wszystkich naszych doświadczeniach z pismem, przed samą czynnością uważnie oglądaliśmy tabliczki. Zresztą w większej części wypadków były one nasze własne. Jeśli pismo pojawiało się na jednej tylko tabliczce, to w ogóle działo się to pod stołem w tym rogu, przy którym sam siedziałem; nie traciłem nigdy z oczu tabliczek ani rąk Siada, czasem sam kładłem ołówek na tabliczce, lecz nigdy poruszeń jego dostrzec nie mogłem. Widziałem tylko, że tabliczka kołysze się z lekka, jak gdyby pod naciskiem niewidzialnej ręki piszącego, lecz jak tylko spojrzałem przestrzeń, dzielącą tabliczkę od spodniej części stołu, szyferek upadał na tabliczkę i skrzypienie pisma ustawało; wkrótce tabliczka przystawała znów do stołu i ponownie dawało się słyszeć skrzypienie piszącego szyferka.
Okoliczność ta wzbudziła w nas pewne podejrzenie i spytałem Siada, dlaczego tak się rzecz odbywa. Slade na to wziął jedną z naszych tabliczek, położył na niej ołówek i wsunął pod stół. (Czyż mam dodawać jeszcze, że stół ten obejrzałem dokładnie przed, po i w czasie samego doświadczenia?) Na tabliczce pojawiła się następująca odpowiedź w języku angielskim: »Drgania pańskich spojrzeń i światła przeszkadzają nam«.
Otóż wielu badaczy zarzucało Slademu, że przed każdym doświadczeniem z pismem bezpośrednim wsuwa on częściowo tabliczki pod stół, i że dopiero wtedy następuje pisanie. Starali się oni dowodzić, że medium korzystając z nieuwagi obecnych, samo wykonuje owo pismo.
Powyższe wyjaśnienie podane przez nieznaną inteligencję w języku angielskim całkowicie rozwiązuje ten problem. Osoby nie znające fenomenologii parapsychologicznej nie wiedzą, że elementem warunkującym, choć nie jest to reguła obowiązująca, występowanie zjawisk paranormalnych jest ciemność. Wtedy właśnie są one generowane z największym natężeniem, natomiast światło, szczególnie pozafioletowe, bardzo osłabia ten proces. Natomiast gdy opisane zjawiska w ciemności wystarczająco rozwiną się i uzyskają większe natężenie, można powiększyć światło bez obawy ich unicestwienia. Niemniej proces ten powinien być powolny i regulowany. Sytuacja jest podobna do ciemni fotograficznej, w której wywołuje się zdjęcie. Ktoś, kto chciałby dokładnie obejrzeć ten proces przy silnym świetle, po prostu prześwietliłby zdjęcie i nie uzyskał żadnej informacji.
Slade, chowając częściowo tabliczki szyfrowe pod stół, umieszczał je we względnej ciemności, i wtedy występowały warunki do powstania pisma bezpośredniego.
Zarzut, że wykonywał on sam pismo na takich tabliczkach, jest całkowicie bezpodstawny. Niemożliwe jest bowiem wyjaśnienie, w jaki sposób można byłoby to uczynić, przyciskając lewą ręką dokładnie sprawdzoną tabliczkę z rysikiem do dolnej części blatu stołu, a drugą trzymając na stole, gdzie była bacznie obserwowana przez uczestników posiedzenia. Chyba żaden iluzjonista nie dokonałby takiej sztuczki. Fakty powyższe muszą wziąć pod uwagę wszyscy oponenci i krytycy omawianych zjawisk".
Badania doktora Paula Gibiera całkowicie potwierdziły wyniki osiągnięte przez profesora Friedricha Zóllnera. Celowo przytoczyłem fragmenty jego sprawozdania w dosłownym brzmieniu, gdyż dzięki temu uzyskały one bezsporną moc dowodową.
|