|
Przeszukaj Listonosza
Polecamy Witryny
● blogi
● wizytówki
● praca
● ogłoszenia
● internet
● brukowiec
● bajeczka
Sponsorzy
Imieniny
- Prezenty
Urodziny - Prezenty
|
Frederyka Hauffe - Jasnowidzaca z Prevorst
Zespół niezwykłych postaci, o których będziemy mówić w tej książce, otwiera Fryderyka Hauffe z domu Wanner, nazwana przez biografa, doktora medycyny Justyna Kernera, „Jasnowidzącą z Prevorst". Krótkie i pełne cierpień życie tej niezwykłej kobiety obfitowało w wiele nadzwyczajnych wydarzeń paranormalnych, pieczołowicie i krytycznie opisanych przez wspomnianego lekarza, pielęgnującego ją w czasie długotrwałej choroby. Można powiedzieć, że fenomenologia parapsychologiczna poddana dokładnej obserwacji i naukowemu eksperymentowi rozpoczyna się właśnie od Fryderyki Hauffe i że od niej bierze początek prawdziwa historia tej nauki. Justyn Kerner przez kilka lat nieprzerwanie śledził „życie magnetyczne" „Jasnowidzącej z Prevorst". Owocem jego badań było obszerne dwutomowe studium, stanowiące jedną z najbardziej niezwykłych książek oraz prawdziwą kopalnię informacji z dziedziny parapsychologii. Praca ta stanowi dla mnie podstawowe źródło wiedzy o osobie słynnego medium.
Zjawiska paranormalne manifestujące się wokół jej osoby miały charakter zarówno psychiczny, jak fizyczny, co stwierdzili Justyn Kerner i jego żona, a także liczni świadkowie, wśród nich lekarze i przedstawiciele nauki. Dotyczy to różnorodnych niezwykłych przeczuć, proroctw, wizji, tzw. drugiej twarzy, materializacji, telepatii, eksterioryzacji, bilokacji, radiestezji i wielu innych. W ciągu ostatnich siedmiu lat swego życia Fryderyka Hauffe prawie zawsze pozostawała w stanie uśpienia magnetycznego, a jej stan czuwania nigdy nie był takim w ścisłym znaczeniu tego słowa. Faktem bezspornym jest, że umysł miała całkowicie zdrowy, co w całej rozciągłości potwierdzają wszystkie relacje Kernera zawarte w jego książce. Wiele faktów wskazuje na to, że była genialna i że krótkie jej życie było niezwykłe i pełne niespotykanych wydarzeń. Zresztą osądźmy je sami i prześledźmy je za skrzętnym biografem jasnowidzącej, który wszystko, czego był świadkiem, zrelacjonował w sposób niezwykle dokładny i co trzeba podkreślić - uczciwy.
Fryderyka Wanner urodziła się 25 listopada 1801 roku w wirtemberskiej wiosce Prevorst, leżącej koło miasta Lówen-stein. Ojciec jej był przełożonym leśników tamtejszego okręgu (Revierfórsters). W dzieciństwie była ruchliwa, czerstwa i wesoła. Od najwcześniejszych lat rozwijał się w niej szczególny dar przeczuwania przyszłych wydarzeń, objawiający się najczęściej w postaci proroczych snów. Już w dzieciństwie potrafiła wykrywać kruszce za pomocą laseczki leszczynowej. Na żądanie pradziada Jana Schmidgalla została przewieziona w celu kształcenia do miejscowości odległej półtorej mili od Lówenstein.
Dziecko w szczególny sposób reagowało na pewne miejsca, gdzie opanowywał je ból i dreszcze, których przyczyny nie umiano wytłumaczyć. Takie same odczucia miała w kościołach i na cmentarzach w pobliżu grobów. W kościołach nie mogła ustać na podłodze, lecz musiała szukać dla siebie wyższych miejsc. Wyjątkowy wstręt objawiała do jednego pomieszczenia, mianowicie do opuszczonej kuchni znajdującej się w zamku w Lówenstein. Twierdziła, że widziała tam (niewidzialne dla innych osób) zjawy. Pierwszy taki przypadek zdarzył się w domu jej dziadków. O północy spostrzegła jakąś ciemną postać, która przechodząc koło niej wydała głębokie westchnienie, zatrzymała się na ganku i przypatrywała się jej. Zdarzenie to, jak i następne, nie wzbudziły u niej żadnej obawy, patrzyła na zjawę spokojnie, później zaś opowiedziała swoje wrażenia dziadkowi.
Fryderyka miała niezwykle wrażliwe oczy, manifestowała się w nich „bystrość ognista wzroku", jak mówili współcześni, Kerner zaś sądzi, że było to może rozwinięcie „oka duchowego" w oku cielesnym. W tym czasie w życiu naszej bohaterki zaszło jeszcze jedno ważne wydarzenie, które wywarło duży wpływ na dalsze jej losy. Niestety, autor nie podał żadnych wyjaśnień, o jakie wydarzenie chodzi.
Choroba rodziców spowodowała konieczność opuszczenia domu dziadków i powrót dziewczyny do Prevorst. Do osiemnastu lat mieszkała z rodzicami, przez ostatnie dwa lata w Obersten-feld, gdzie ojciec miał mieszkanie służbowe. W dziewiętnastym , t roku życia na życzenie rodziców i krewnych poślubiła kuzyna ( swych wujów o nazwisku Hauffe, który zapewnił jej dobre warunki materialne. O małżeństwie tym wiemy bardzo mało, jednak wydaje się, że Fryderyka nie była w nim szczęśliwa. Pierwsze jej dziecko zaraz po porodzie zmarło, drugie chowało się dobrze i najczęściej przebywało u dziadków.
Zaraz po ślubie Fryderyka wpadła w melancholię, ale jak zapewnia Kerner, nie z miłości do innego mężczyzny. „Płakała ustawicznie w domu rodziców, przez pięć tygodni trawiła ją bezsenność".
W dniu jej uroczystego ślubu obchodzono pogrzeb kaznodziei T. w Oberstenfeld, którego osobę i kazania Fryderyka bardzo ceniła. Od momentu odprowadzenia zmarłego na cmentarz (od jego grobu nie można było jej oderwać), zmieniło się nagle całe jej życie: stała się obojętna na wszystko, co działo się wokół niej i zagłębiła się w swoim życiu wewnętrznym. Później, będąc w tzw. śnie magnetycznym, o którym jeszcze będę mówił, często widywała - jak twierdziła - postać kaznodziei otoczoną niebieską jasnością, przy czym dawał on jej światłe pouczenia. Kto wie, czy ów duchowny nie był obiektem jej uwielbienia i prawdziwej miłości.
Od czasu ślubu, tj. od 27 sierpnia 1821 roku państwo Hauffe osiedlili się w Kurbach, miejscowości leżącej na granicy księstwa Wirtemberskiego. Jako żona rzemieślnika Fryderyka spełniała różne codzienne obowiązki, co wszakże nie przeciwstawiało się jej życiu wewnętrznemu, ale powiększało jej cierpienia fizyczne.
W dniu 13 lutego 1822 przyśnił się Fryderyce dziwny sen. Zdawało się jej, że miała się kłaść do łóżka, a w nim leżały zwłoki duchownego T., którego darzyła taką sympatią. Z drugiego pokoju usłyszała głosy ojca i dwóch lekarzy, z których znała tylko jednego. Zastanawiali się oni nad jakąś ciężką chorobą, na jaką właśnie miała zapaść. Śpiąca krzyczała, że uleczy ją zmarły i nie dała się oderwać od zwłok. Sen był o tyle dziwny, że w owym czasie Hauffe wcale nie była chora. Mąż słysząc jej krzyk, obudził ją. Nazajutrz dostała wysokiej temperatury, która trwała dwa tygodnie, a po tym czasie nastąpił siedmioletni stan „życia magnetycznego", przerywany krótkimi interwałami.
Do chorej został wezwany doktor Kerner, który rozpoczął jej leczenie. Prowadził je przez dwa lata, w 1826 i 1827, notując dokładnie swe obserwacje. Informacje o okresie wcześniejszym uzyskał z ust Fryderyki, jej męża względnie krewnych.
Po unormowaniu się temperatury, co nastąpiło 27 lutego 1822 o godzinie pierwszej w nocy, chwyciły ją silne kurcze w piersiach, trwające trzy dni. Wezwany lekarz, doktor Bretten, położył jej rękę na głowie, co uspokoiło ją natychmiast i po czym spała przez
kilka godzin. Kurcze jednak nie ustawały i odnawiały się w ciągu osiemnastu tygodni. W tym stanie widziała postać swojej babki, mieszkającej w Lówenstein. Postać ta przyglądała się jej w milczeniu- Po trzech dniach nadeszła wiadomość o śmierci babki. Nastąpiła ona tej samej nocy, w której Hauffe miała opisane widzenie. W tym też czasie ukazała się jej maszyna oraz sposób jej wykonania i użycia, dzięki której miała odzyskać zdrowie. Odrysowała ją na arkuszu papieru, ale nikt wówczas nie zwrócił na to uwagi.
Lekarz zalecił chirurgowi, aby przykładał jej swą rękę do głowy, a następnie przez pociąganie rąk lekko ją magnetyzował. Manipulacje te przynosiły chorej dużą ulgę i kurcze ustawały.
W tym okresie zaszła w pierwszą ciążę. Sprawdził się jej dawny sen: w czasie choroby przybył do niej ojciec z dwoma lekarzami, z których jednego poznała po głosie, gdy rozmawiał z nim w przedpokoju. 18 lutego 1823 jej ciąża została sposobem chirurgicznym rozwiązana, a dziecko zmarło niebawem. Stan chorej bardzo pogorszył się i przez dwadzieścia dwa tygodnie była bliska śmierci.
Czasem mówiła nie inaczej, jak tylko wierszami. To uzdolnienie wersyfikacyjne pozostało jej do końca życia. Miała uczucie, jak gdyby całe jej ciało przenikał ogień, lub jakby padały na jej głowę krople zimnej wody. „Wówczas - pisze Kerner - po raz pierwszy spostrzegła za sobą swój własny obraz, wpatrywała się weń długo, chciała krzyczeć, lecz nie mogła; na koniec zwyciężywszy krzyknęła na swojego męża, atoli obraz ten znikł w tej chwili". Do sprawy tej jeszcze wrócimy.
Hauffe stała się jasnowidzącą, widziała dokładnie i słyszała wszystko, co dzieje się w najdalszych okolicach i zgodnie z prawdą opisywała dostrzegane wydarzenia. Gwoździe żelazne w ścianach pokoju działały na nią „syderycznie" tak silnie, że musiano je usunąć. Również bardzo silny był wpływ światła, które wywoływało u chorej kurcze połączone z drętwieniem ciała. Leżała więc w pokoju zaciemnionym okiennicami. Coraz częściej wpadała w „stan magnetyczny", w którym sama przepisywała sobie lekarstwa. Wydawało się jej, że ma w głowie kamień cisnący na mózg, co sprawiało jej bóle przy oddychaniu. Pociąganie dla próby magnesem mineralnym (magnetytem) po jej czole powodowało natychmiastowe wykrzywienie głowy i twarzy, usta zaś przybierały taki kształt, jakby była w stanie apopleksji.
Z czasem mogła jednak znosić światło. Wyobrażała sobie, że jakiś ,,duch", którego tylko ona widziała i w którym poznała swoją babkę, magnetyzował ją zawsze przez pociąganie rękoma przez siedem dni około godziny siódmej wieczorem. „Czynił to trzema palcami, które rozszerzał w kształcie promieni".
Kerner informuje, że wokół niej zachodziły niezwykle dziwne zjawiska telekinetyczne, widziane przez ,,godnych świadków" W tej sprawie wypowiada się on w sposób następujący: ,,W ciągu tej epoki odbierało jej coś niewidzialną ręką wszystkie takie rzeczy, które przy dłuższym poruszaniu działały na nią szkodliwie; zjawiska takie były częste, i tak np. widziano bardzo często. że łyżka srebrna była przenoszona z jej ręki na znaczną odległość, i kładła się sama powoli na talerz, nie spadała zaś tak jakby była rzucona; łyżki takie wędrowały w powietrzu pomału tak, jakby je niosła niewidzialna ręka, i jakby je kładła na miejsca te, w których leżeć powinny".
Były to więc obiektywne, fizyczne zjawiska telekinetyczne (psychokinetyczne), spotykane również u innych mediów i tak często opisywane w literaturze parapsychologicznej.
Fryderyka Hauffe była głęboko przekonana, że tylko magnetyzowanie doprowadzi ją do zdrowia. Wciąż przebywała w łóżku, była cierpiąca, a mąż, rodzina i domownicy mieli z nią nie mało kłopotu. Również w tym czasie miała dziwne odczucia subiektywne. Dostrzegała za każdą osobą, na którą patrzyła, unoszącą się zjawę w ludzkiej postaci, otoczoną jasną poświatą. „Za najmłodszą siostrą widziała zawsze zmarłego brata Henryka, a za swą przyjaciółką spostrzegała postać podeszłej matrony, którą widziała raz jeszcze w swym dzieciństwie w Lówenstein". Operacje magnetyzowania chorej przeprowadzał, w czerwcu 1824 na wyraźną prośbę wujów, doktor B. Magnetyzer ten nie wydawał się jej sympatyczny i często musiał na jej żądanie opuszczać pokój.
Stan chorej poprawił się na tyle, że mogła sama schodzić w dolinę, zażywać kąpieli w rzece i powracać do domu. Sen magnetyczny powoli ustępował. Fryderyka miała wciąż sny prorocze oraz widzenia w zwierciadle i krysztale. Fenomeny te moglibyśmy zaliczyć do tzw. krystalomancji i katoptromancji. „Osoby te, które dopiero w pół godziny później wchodziły do jej pokoju, już wcześniej widziała w szklance wody stojącej na stole". W ten sposób dostrzegła dwóch mężczyzn jadących powozem ulicą z B., niewidoczną z miejsca, w którym przebywała. Podany z nią opis powozu, osób w nim siedzących, maść koni itd. Coraz bardziej kształciła się w niej zdolność spostrzegania
zjaw i widziadeł. Dwukrotnie widziała na dziedzińcu, to znów przy łóżku trumnę, w której znajdował się jej dziad. Zmarł on po sześciu tygodniach od tego wydarzenia; był ciągle zdrowy i zachorował na kilka dni przed śmiercią.
Doktor Kerner rozmawiając z nią, gdy była czuwająca, potraktował ją bardzo surowo i używając nawet przykrych słów pouczył, że winna poddać się normalnemu leczeniu i że on nie będzie zwracał uwagi na jej majaczenia w stanie magnetycznym, przynoszącym utrapienie całej rodzinie, zastosuje natomiast kurację homeopatyczną. Starania jego miały jednak skutek negatywny: chora całkowicie opadła z sił, straciła na wadze i lada moment należało oczekiwać zakończenia jej cierpień. Jednak zastosowane 22 grudnia przez Kernera, co prawda początkowo wbrew jego woli, oddziaływania magnetyczne wzmocniły ją na tyle, że stan krytyczny minął i życiu jej przestało zagrażać
niebezpieczeństwo.
Lekarz musiał zmienić dotychczasowe poglądy. Odtąd niezależnie od prowadzenia dziennika jej choroby i stosowanych środków, zajął się dokładnym opisywaniem jej życia psychicznego i zaobserwowanych fenomenów paranormalnych, nie próbując jednak ich wytłumaczyć ani wyjaśniać.
Fryderyka Hauffe twierdziła, że utrzymuje się przy życiu dzięki sile przekazywanej jej przez otaczające osoby. „Powietrze i duch nerwowy innych - mówiła - daje mi jeszcze życie, i tymi tylko utrzymywać je mogę. Oni tego nie czują, są to wpływy, które i tak byłyby stracone, ale nerwy moje przyciągają je do siebie, i w taki tylko sposób żyć jeszcze mogę".
Twierdzenie to nie było jednak całkowicie słuszne. Osoby przebywające z nią przez dłuższy czas doznawały wyraźnego osłabienia, doświadczały ciągnienia w członkach, drżenia itd., wielu odczuwało ból oczu, a niektórzy nawet wpadali w omdlenie. Jedna z osób, która jej usługiwała przez kilka dni, po powrocie do domu „wpadła w stan magnetyczno-senny i przez pół roku sypiała codziennie magnetycznie jak i ona". Osoby spokrewnione dawały jej więcej sił, a przebywanie z ludźmi słabszymi i schorzałymi czyniły ją jeszcze słabszą.
„Nie można się temu dziwić - mówi Kerner - spostrzegamy bowiem, że kwiaty w ręku chorych tracą wkrótce swoje piękno, a nawet niszczeją wcześnie po poruszeniu lub hodowaniu przez niektóre osoby. Nawet z powietrza przyciągała ona szczególniejszą materię eteryczną, jakby zasadę pożywną (principiwn) życia. W czasie najtęższych mrozów nie mogła pozostawać bez otwarcia okna. Wszelkie materie nie mające żadnej ciężkości (impon-derabilia), a nawet rozmaite kolory promienia światła, wywierały na nią swój szczególny wpływ. Materię elektryczną widziała i wyczuwała nawet w takim stanie, w jakim dla nas ani wrażliwą, ani widzialną nie jest". Również napisane na kartce nazwisko obcej osoby było dla niej w specyficzny sposób odczuwalne.
„Z oczu jej wychodziło szczególniejsze duchowe światło, co zauważał każdy, kto ją tylko choć krótko widział; ona zaś sama pod każdym względem była więcej duchem niżeli człowiekiem. Widywała się ona często zewnątrz swego ciała, widywała się podwójna. Wiele razy mawiała: zdaje mi się często, jak gdybym była poza sobą, unoszę się wówczas ponad moim ciałem, a nawet myślę wówczas o nim. Takie jednak uczucie nie jest dla mnie korzystne, bo zawsze jeszcze muszę wiedzieć o moim ciele. Gdyby tylko moja dusza była mocniej połączona z duchem nerwowym, wówczas związałaby się sama mocniej z nerwami - atoli więzy mego ducha nerwowego stają się coraz wolniejsze. Duch jej nerwowy zdawał się w istocie tak słabo być połączony z nerwami, że łatwo za każdym poruszeniem odłączał się i ciało całkowicie opuszczał, w takim zaś razie widziała się ona najczęściej poza ciałem, albo (jak się mówić zwykło) widziała się podwójnie, a nawet nie odczuwała ciężkości swojego ciała".
Świadomie zacytowałem powyższy długi urywek z książki Kernera, pragnąłem bowiem ukazać nie tylko zaobserwowane przez niego fakty, ale również przedstawić próbę ich interpretacji. Do eksterioryzacji i bilokacji jasnowidzącej jeszcze powrócę.
Fryderyka Hauffe nie posiadała żadnego wykształcenia. Nie znała obcych języków, nie uczyła się historii, geografii i fizyki. Umiała pisać i czytać; czytała jedynie Biblię i książkę z nabożnymi śpiewami. Była pobożna, lecz nie bigotka. W stanie magnetycznym układała różne wiersze, przeważnie o treści religijnej. Kerner przypuszcza, że on sam będąc poetą miał na nią wpływ wskutek oddziaływania magnetycznego. Podkreśla jednak, że Fryderyka układała wiersze już wcześniej, zanini dostała się pod jego magnetyczną manipulację.
Jak można się było spodziewać, o jasnowidzącej z Prevorst rozsiewano różne kłamstwa i plotki, które krążyły po całym kraju. Nie tajono ich przed nią, ale ona mówiła: „szkodzą oni tylko mojemu ciału, ale nie duszy". Kerner podaje, że „mnóstwo ludzi cisnęło się do nas z zamiarem przypatrzenia się cudom obok jej łoża niemocy, co mnie mocno bolało".
Obserwacje badawcze dr Kernera
Opiszę teraz inny niezwykły fenomen, zaobserwowany przez Kernera. Oto jego relacja. „Ilekroć w stanie magnetycznym chciano wsadzić ją do wody w czasie kąpieli, spostrzegano to szczególne zjawisko, że wszystkie jej członki, nawet piersi i dolna część brzucha, przechodziły w jakieś szczególniejsze skakanie i w stan całkowitej elastyczności. Pomocnice, które były przy niej, używały wszelkich wysiłków, aby wepchnąć ją gwałtem do wody, ale jej siła ciężkości (grawitacja) zamiast do dołu dążyła zawsze do góry, więc nie mogła być zatrzymana w wodzie, a nawet gdyby ją do rzeki rzucono, nie poszłaby na dno, lecz pływałaby na powierzchni wody jak drzewo korkowe".
Kerner zwraca tu uwagę na doświadczenia, jakie wykonywano dawniej z czarownicami poddawanymi przez sędziów tzw. próbie wody. Prawdopodobnie kobiety te znajdowały się w „stanie magnetycznym" i nie mogły się utopić, tylko wbrew prawu siły ciężkości utrzymywały się na powierzchni wody, co miało stanowić dowód ich winy.
Autor przytoczył tu niezwykłą relację Freyberga w wydaniu Andrzeja Moliera dotyczącej jednej kobiety żyjącej w 1620 roku, znajdującej się w podobnym „stanie magnetycznym". Mówi on o niej co następuje: ,„W obecności obu diakonów, Daxela i Waldburga, raptownie się całym ciałem z głową i nogami z łóżka w górę o półtrzecia łokcia wzniosła tak, że nie miała żadnej komunikacji z łóżkiem, wolno ponad łóżkiem unosiła się w powietrzu i zdawało się, jak gdyby chciała ulecieć przez okno. Uchwycił ją Waldburg, wzniósł głos do Boga, wraz z obecnymi i przywrócił ją na powrót".
Podobne zjawiska autor dostrzega u lunatyków, „którzy jakby najbardziej zręczni ekwilibryści na najwęższych i najwyższych miejscach (np. na dachach wysokich domów itp.) unoszą się jakby w powietrzu, i chociaż spadają, nie czynią sobie żadnej szkody, jak gdyby opuszczali się na skrzydłach. Coś podobnego pokazuje się także w tańcu św. Wita, a nawet u kuglarzy chińskich, którzy dzięki muzyce i (jakiemuś) napojowi umieją wprowadzać się w stan magnetyczny, a wówczas wykonują takie sztuki, które bez zniesienia w ich ciele ciężkości gatunkowej nie mogliby wykonywać". Fryderyka Hauffe wyznała kiedyś Kernerowi, że „istnieje ciężar bez materii, i nazwała go ciężkością moralną". „Kiedy Pani H. - mówi on - z extazy magnetycznej przebudziła się, uderzała ją najmocniej ciężkość ciał. Ludzie, których ja za lekkich poczytywałem, zdali się jej często cięższymi od ludzi mających większą objętość ciała".
Doktor opisał jedno z niezwykłych doświadczeń, jakie w omawianej właśnie dziedzinie wykonał z panią Hauffe. Mówi on: „Kiedy palce moje wystawiłem naprzeciw palców pani H., jej palce powodowały się (tj. podążały) za moimi, tak jak żelazo za magnesem, i że tym sposobem przeciw wszelkim prawom ciężkości mogła być podnoszona do góry". Oczywiście było to niezwykłe doświadczenie! Warto tu przypomnieć podobny eksperyment wykonany przez Norberta Okołowicza ze słynnym medium polskim, Teofilem Modrzejewskim (Frankiem Kluskim). „Po seansie 23 marca 1924 r. stwierdził on fakt zmiany ciężaru medium, które ponownie wpadło w trans, tym razem kataleptycz-ny, objawiający się zesztywnieniem całego ciała. Chcąc je ułożyć wygodnie na kanapie Okołowicz stwierdził ze zdziwieniem, że stało się ono nadzwyczaj lekkie. Naciśnięcie nóg wystających poza brzeg kanapy wystarczało, żeby całe ciało przybrało od razu pozycję pionową. Autor powtórzył tę próbę kilkakrotnie, następnie z łatwością uniósł Modrzejewskiego do góry odnosząc przy tym wrażenie, że ciało jego straciło przynajmniej 2/3 swego normalnego ciężaru (ważył około 66 kg). W końcu po zgięciu kurczowo zaciśniętych dłoni ciało medium, tak jak i on sam, odzyskało normalny stan, a jego ciężar wrócił do normy".
Równie ciekawe były doświadczenia z roślinami. Oddziaływały one na jasnowidzącą w różnorodny sposób. Podam kilka przykładów.
Ziele i kwiat ziemniaków kwitnących niebiesko działały na nią odurzająco i miały działanie narkotyczne, natomiast biało kwitnących - nie wywierały żadnego wpływu.
Roślina indygo powodowała nieokreślone bliżej „działanie metaliczne". Autor podaje tu, że „Brugnatelli bowiem odkrył,
alpóbereiner potwierdził, że substancję indygo należy uważać za prawdziwy metal roślinny. Dóbereiner opierał to mniemanie jeszcze wcześniej na połysku metalicznym tej substancji i na zdolności łączenia się jej z najmocniejszymi kwasami. Zaś Brugnatelli z połączenia czystej substancji indyga z rtęcią otrzymał prawdziwy amalgamat. Dóbereiner uważa metal indygowy za miedź królestwa roślin, tak samo, jak węglowy metal przez siebie wynaleziony za krzemionkę roślinną (Silicium vegetabile) i poczytuje za żelazo".
Uwagi powyższe są bardzo ciekawe i kto wie, czy współcześni chemicy nie wyciągną z nich inspirujących nowe odkrycia wniosków.
Wawrzyn (drzewo laurowe) wywierał na jasnowidzącą znakomite działanie magnetyczne, „a to nas wprowadza - mówi Kerner -na powód, dlaczego starożytni w świątyni delfickiej używali go, tam bowiem jasnowidząca, zanim objawiła swoje wieszcze wyroki, najpierw posypywała liście laurowe (zapewne do pobudzenia większej mocy swego wewnętrznego uczuwania), i dopiero siadała na trójnogu liściem tym upstrzonym. Także i w przybytku Eskulapa i innych niektórych tego rodzaju świątyniach, zażywano wawrzynu szczególnie do sprowadzenia magnetycznego snu i marzenia. Także i leszczyna okazała się szczególnie mocnym konduktorem (przewodnikiem) płynu magnetycznego. Od dawna używano jej jako laseczki do wykrywania kruszców".
Doświadczenia z roślinami odbywały się w podobny sposób, jak próby z minerałami. Rośliny dawano jej do ręki na krótki czas bez wymieniania ich nazw.
Poświadczenia z winogronami wykonał Góritz, ekonomista ze Stuttgartu, który przedstawił z nich sprawozdanie Towarzystwu Rolniczemu w tym mieście. Wynikało z niego, że zgodnie z poglądem Fryderyki winogrona drollingskie są najzdrowsze i tylko te mogła ona spożywać. Równie zdrowe są salweńskie, natomiast najbardziej niezdrowe znad Elby. Każde wino wykonane z kilku zmieszanych ze sobą gatunków jest nieprzyjemne. Winogrona rulandzkie wywoływały u Fryderyki ból oczu i powodowały jakąś mgłę przed oczyma, roth i weissleben wywoływały ociężałość członków i natychmiastowe zaśnięcie.
Kerner wykonał z Fryderyką wiele doświadczeń z dziedziny, którą nazwał galwanizmem, a którą zaliczamy obecnie do elektryczności. Umieścił jej w prawej ręce kawałek żelaza, w lewej zaś miedzi. Natychmiast po tym odczuła ona uderzenia przechodzące od prawej strony do lewej przez serce. Z kolei lekarz połączył oba metale i podał jej do lewej ręki, wówczas odczuła jakiś wpływ idący z lewej ręki ku ramieniu do góry, a potem przez cały lewy bok aż do nóg.
Samej miedzi nie mogła znosić, żelazo zaś wywierało na nią jakieś odmienne działanie. Jeśli trzymany przez nią pręt żelazny potarto na drugim końcu jakimś innym metalem i w kierunku do niej przeciwnym, wówczas odczuwała, że w jej ciało wlewa się jakiś nieokreślony fluid. Odczucie to wzmacniało się, gdy żelazo pocierano dwoma złączonymi z sobą metalami.
„Żelazo, które pocierano - mówi Kerner - rozpoznawała od żelaza nie pocieranego dzięki temu tylko, iż gdy posuwała swe palce po żelazie pocieranym uprzednio, przyciągało ono jej palce; mówiła ona: „czuję, że od tego żelaza duch innego metalu wpływa w moje palce, poczem żelazo staje się znowu naturalne nie mającym już śladu udzielanych mu pociągów".
Interesujące są uwagi jasnowidzącej o życiodajnej materii, znajdującej się według niej w powietrzu. Nie wiadomo, czy miała ona na myśli tlen, czy ozon, czy jakąś inną substancję. Twierdziła, że „ze świeżego powietrza przyciąga do siebie szczególniejszą materię, która jest niezbędna do życia, jako żywa i ożywiająca zasada (principium). Zdaje się, że powietrze spowinowacone tyle ze światłem, jest także nośnikiem materii żywotnej płynącej z góry".
Przejdźmy teraz do spraw, które były najbardziej dziwne i kontrowersyjne. Justyn Kerner bardzo wiele uwagi poświęcił i szczegółowo opisał tzw. życie wewnętrzne jasnowidzącej z Pre-vorst oraz obszernie omówił jej „widzenia duchowe". Tutaj tylko w największym skrócie mogę przedstawić jego wywody, będące relacjami z własnych obserwacji i niezliczonych doświadczeń. Zatrzymam się głównie nad tymi zagadnieniami, które ściśle łączą się z parapsychologią.
W prawym oku zwierzęcia, np. psa albo koguta, dostrzegała mały niebieski płomień, jakąś dziwną biofluorescencję.
Oczy i spojrzenia niektórych ludzi wprawiały ją natychmiast w sen magnetyczny.
Bardzo ciekawe były inne odczucia i reakcje jasnowidzącej. Błyszczące przedmioty zawsze pobudzały jej duchowe oko. Przyglądając się kiedyś dziecku robiącemu bańki mydlane powiedziała ze zdziwieniem: „O Boże! wszystkie oddalone przedmioty, o których myślę, dostrzegam w tych bańkach, i to nie małe, ale takiej wielkości, jakimi są one w istocie; lecz ja się tego nie boję".
Kerner wykonał następującą próbę. Polecił jej dostrzec w sporządzonej przez siebie bańce jej dziecko będące wtedy w innej miejscowości. Powiedziała, że widzi je leżące w łóżku i bardzo się z tego ucieszyła, że je widziała. W drugiej bańce spostrzegła żonę lekarza przebywającą w innym odległym domu, opisała jej pozycję w tym momencie, wszystko, jak się później okazało, najtrafniej i najdokładniej.
Z trudnością jednak Fryderyka dawała się nakłonić do patrzenia w bańki mydlane, gdyż dostrzegane w nich obrazy przerażały ją i obawiała się, że zobaczy coś, co może okazać się nieprzyjemne. Kiedyś w jednej bańce zauważyła trumienkę w pobliskim domu, choć tam nie było żadnego chorego dziecka. Jednak kobieta mieszkająca tam poroniła, a dziecko jej żyło tylko kilka miesięcy. Jasnowidząca przewidziała zatem obraz wynoszenia dziecka w trumnie z tego domu.
W szklance wody również dostrzegała sceny będące odbiciem następujących potem wydarzeń, jak przejeżdżanie wspomnianego już powozu czy przechodzenie koło domu ludzi całkowicie dla niej niewidocznych.
Zdarzały się także reakcje nieprawdziwe. Kerner prosił pewnego razu Fryderykę, aby zobaczyła jego przyjaciela w Stuttgarcie. Podana przez nią relacja okazała się później całkowicie niezgodna z prawdą. Jasnowidząca sama wyznała, co następuje: „Widzenie to wtedy tylko nie oszukuje, kiedy pochodzi ode mnie samej, i kiedy kto inny nie trzyma przede mną bańki mydlanej z tym zamiarem, abym to lub owo widziała. Potrzeba także, abym często i dłużej wpatrywała się i nie potrzeba wówczas zwracać mojej uwagi na inne przedmioty. Nie będę więcej tego robić, czuję do tego wielką niechęć w stanie czuwającym, bo mi się zdaje, że nie jest dobrze czynić to, gdy czuwam. Mam do tego taką samą odrazę, jak i do kładzenia kart".
Jest oczywiste, że wypytywanie ją przez świadków tych doświadczeń o różne szczegóły i o różne przedmioty rozpraszało jej transową koncentrację, powodowało stan poruszenia wewnętrznego i zaciemniało oraz zniekształcało widziane obrazy. Gdyby doświadczenia te wykonywano we właściwych warunkach i całkowitym spokoju, przyniosłyby bardziej doskonałe wyniki, a jasnowidząca nie wzbraniałaby się przed ich powtarzaniem.
Sekrety snu magnetycznego
Fryderyka, będąc pogrążona w śnie magnetycznym, miała niezwykły dar odczytywania napisanych na kartce nieznanych jej tekstów, umieszczonych „w dołku pod sercem", lub danych jej w postaci zwiniętego rulonika do ręki. Kerner umieścił w tajemnicy przed nią na dwóch kartkach następujące napisy: „Istnieje jeden Bóg" i „Bóg nie istnieje", następnie po złożeniu ich dał jej obie karteczki do lewej ręki z prośbą, aby rozróżniła, co czuje przy jednej i drugiej kartce. Jasnowidząca była wówczas w stanie pozornie czuwającym. Po kilku minutach zwróciła mu kartkę, na której był napis: „Istnieje jeden Bóg" z uwagą, że ją odczuła, druga zaś „zdaje się jej być próżnością". Doświadczenie to lekarz powtórzył cztery razy, zawsze z tym samym rezultatem.
Innym razem położył jej na „dołku pod sercem" zwiniętą kartkę z napisem „duchy istnieją", a drugą z napisem: „duchy wcale nie istnieją" dał jej do ręki. Wkrótce powiedziała, że na pierwszej jest napis: „duchy istnieją", zaś na drugiej, że „duchy wcale nie istnieją". Kerner wykonał z nią wiele podobnych prób, które zawsze kończyły się wynikiem pomyślnym. Jasnowidząca dokładnie odczytywała napisy na kartkach, których zupełnie nie widziała, a nawet wyjaśniła różne dodatkowe okoliczności związane z ich treścią. Dowodzi to, że posiadała jakiś duchowy, wewnętrzny, paranormalny zmysł czytania ukrytych dla niej
tekstów.
Charakterystyczne jest wszakże, że częste ponawianie tych prób wyczerpywało jej psychiczne siły na tyle, że nie mogła odczytać napisu i dowodziła, że „siła", którą miała pierwotnie, zdaje się jej teraz wyczerpana, chociaż przy poprzednich karteczkach nie miało to miejsca, dlatego musi teraz pracować swym mózgiem.
Usiłowanie wyjaśnienia opisanych wyżej paranormalnych autentycznych faktów, tak często zrelacjonowanych w literaturze parapsychologicznej, za pomocą przekazu telepatycznego właściwie niczego nie dowodzi i nie rozwiązuje, gdyż możemy zadać pytanie, czym jest sam przekaz telepatyczny, na czym polega i do czego się sprowadza, jaki jest jego mechanizm psychiczny? Na wszystkie te pytania dotychczas nie mamy odpowiedzi.
Podczas snu magnetycznego jasnowidząca widziała swoje narządy wewnętrzne. Raz zapadła w pozorny stan czuwania, opuściła powieki i nie mogła otworzyć oczu. W tym stanie rzekła: „widzę teraz w okolicach mojego żołądka słońce obracające się powoli, i życzę sobie, abym mogła tylko otworzyć oczy, abym tego słońca więcej nie widziała". „Podobne widzenie - mówi Kerner - wolno obracającego się słońca w okolicy splotu słonecznego nerwów, miewała jeszcze później dość często".
Niezwykle ciekawy i pouczający jest następujący wywód Kernera, który przytaczam tu w dosłownym brzmieniu:
„Profesor H. chciał się dowiedzieć, czy ona w śnie magnetycznym widzi swoje oko tak, jak splot słoneczny nerwów, i zapytał ją
22
o to w śnie magnetycznym. Po kilku minutach zastanowienia się rzekła: »widzę światły punkt, który rzuca promienie«. Profesor H- zapytał ją, czy ten punkt rozciąga się ku skroniom i nosowi, lecz tego nie uczuwała. Gdy wpadła w głębszy sen, powiedziała: »ja znowu widzę ten światły punkt jakby małe słońce, ma on promienie.... W śnie magnetycznym jest mi zawsze trudniej uczuwać coś takiego, co zależy od mózgu, im więcej bowiem czuje mózg, tym bardziej staję się czuwająca, a tym samym mniej świadoma. Lecz jest to punkt świecący się jakby małe słońce, i więcej nie umiem powiedzieć«. Zapytałem ją więc: »czy nie widzisz tego, co wytryskałoby z tego punktu?« Po długim namyśle odpowiedziała: »wszakże już mówiłam, że ten punkt widzę jakby małe słońce, z którego wychodzą małe promienie, lecz im więcej uwagi na niego zwracam, tym więcej staję się czuwająca, tym więcej uczuwam mózg, a przez to nic już nie spostrzegam«. Widoczne jest, że ten punkt, który ona widziała, to był ganglion ciliare (tj. zwój komórek nerwowych), zaś promienie z niego wychodzące, były to nervi ciliares. Że zaś te promienie wychodzą po części także z nerwu mózgowego zwanego Ramus nasalis (o którym nie chciała wiedzieć) oko zaś ma szczególną komunikację z mózgiem przez nerw wzrokowy, więc jej twierdzenia: »im więcej go rozważam {ganglion ciliare i jego rozgałęzienia), tym więcej staję się czuwająca, tym więcej muszę uczuwać mózg {w czasie bowiem stanu czuwającego zawsze więcej czulą swój mózg), i staję się przez to niezdolna do dalszego widzenia« nie były niekonsekwentne. Często mawiała także, że widzi wszystkie swoje nerwy w całym ciele, że wydają się jej być oświetlone, i opisywała ich rozgałęzienie zgodnie z tym, czego uczy anatomia".
Nie mniej dziwne i tajemnicze było działanie laseczki magnetycznej. Gdy tylko namagnesowaną laseczką okutą spiczasto w przedniej części żelazem, przyłożyła do prawego oka i skierowała ją na jakikolwiek odległy punkt, wówczas laseczka silniej ten przedmiot powiększała, działała więc jak przyrząd optyczny!
Jasnowidząca mówiła o swoim „duchu" z głębokim uszanowaniem i zadowoleniem. O kontaktach z innymi zjawami rozmawiała bardzo niechętnie. Kerner przypuszcza, że wprawiało ją to w zły nastrój i zasmucenie, a nawet wywierało na nią szkodliwy wpływ. Opisała dokładnie swego „ducha opiekuńczego", ową Schmidgallową. Pokazywała się jej zawsze w tej samej postaci, jaką znała za życia, jedynie tylko była jaśniejsza i przyjemniejsza, ubrana w nienoszoną za życia białą suknię przepasaną pasem. Głowę miała owiązaną chustką całkowicie zakrywającą włosy i spadającą koło uszu w formie zasłony. Wszystkie zjawy płci żeńskiej pokazywały się jej w takim samym ubiorze. Inne osoby nigdy nie dostrzegały tych fenomenów, były więc one całkowicie subiektywne.
Jasnowidząca często dostrzegała za odwiedzającymi ją osobami jakieś duchowe postacie, niewidzialne dla normalnych ludzi. Miała również prorocze sny. Kerner przytacza z nich kilka, które potem rzeczywiście się sprawdziły.
Ciekawe są jego wypowiedzi dotyczące tzw. Drugiej twarzy (Das zweite Gesicht), czyli uzdolnienia polegającego na spostrzeganiu niezmaterializowanych zjaw i widziadeł. Kerner uważa, że właściwość ta występuje endemicznie (tzn. w sposób naturalny) u wielu mieszkańców Szkocji i Danii. Posiadają oni niezmiernie przenikliwy wzrok (Stechblick). „Jest to wzrok szczególniejszy - mówi on - w którym się w ludzkim oku w jednym punkcie koncentruje wszystko to, co jest duchowe, i stamtąd jakby przedłużone i świecące się wytryskuje; taki wzrok spostrzegłem także u Pani H., ile tylko razy widziała samą siebie albo duchy. Szkocki ostrowidz w momencie pokazania mu się jakiegoś widziadła, ma twarz zdrętwiałą, oczy mocno wytrzeszczone, nic więcej nie widzi, ani nie słyszy (tak samo i Pani H., gdy widzi sama siebie). Jeżeli spostrzegający jakieś widziadło dotknie się kogoś innego, wówczas ten widzi je także, a nawet widzą je również zwierzęta, skoro się ich ostrowidz lub ostrowidząca w tym momencie dotknie".
' Ojciec jej rzeczywiście zmarł tego wieczoru i o tej godzinie, gdy Hauffe w formie swego sobowtóra obserwowała jego zgon.
Zwróćmy uwagę, jak jasnowidząca opisała swoje stany eksterioryzacyjne i bilokacyjne, tj. „wychodzenie samej z siebie" według jej własnego określenia, i jak je komentuje Justyn Kerner.
,,Zdaje mi się często - mówi ona -jak gdybym była poza sobą, unoszę się wówczas ponad moim ciałem, nawet myślę wówczas o nim. Takie jednak uczucie nie jest dla mnie korzystne, bo zawsze jeszcze o moim ciele wiedzieć muszę. Gdyby tylko moja dusza była mocniej połączona z duchem nerwowym, wówczas wiązałaby się sama mocniej z nerwami - atoli więzy mojego ducha nerwowego stają się coraz wolniejsze".
Jak już wspomniałem, śmierć ojca Fryderyki, która nastąpiła 2 maja 1828 o godzinie ósmej wieczorem w Oberstenfeld, oddalonym o 4 mile, wywołała u niej wiele niezwykłych reakcji.
„O godzinie 8 wieczorem - mówi Kerner - tegoż samego dnia wpadła pani Hauffe w sen magnetyczny i w nim powiedziała: »Czyli mam śledzić, co się z nim dzieje? (słowa przytoczone powyżej). Obudźcie mnie zaraz, ja po trzech minutach znowu spać będę«.
W dniu wyżej wymienionym, 2 maja, około godziny 9 wieczorem znowu pogrążyła się w głębokim śnie magnetycznym, w którym rzekła: »Ó Boże!« To słowo »0 Boże!« wymówione było jakby oddechem. Obudziła się jakby podczas wypowiadania tego słowa i powiedziała, iż słyszała podwójnie, jakby z niej dwie istoty razem to słowo wymówiły".
Doktor medycyny Fóhr z Botwar, leczący ojca pani Hauffe, będąc jeszcze podówczas w Oberstenfeld, wysłał do Justyna Kernera list o treści następującej:
„Przybywszy do Oberstenfeld zastałem już Pana W. na łożu śmierci, atoli znajdując się w pokoju mieszkalnym dotykającym izdebki, w której leżały zwłoki, około godziny 9 wieczorem, słyszałem bardzo wyraźnie w tejże izdebce (w której prócz tych zwłok nie było nikogo) głos (jak mi się zdaje, był to głos zmarłego) wymawiający słowo »0 Boże« po kilka razy. Za trzecim słyszeniem tego słowa wszedłem do tej izdebki, rozumiejąc, że Pan W. zmarł tylko pozornie; nie mogłem bowiem mniemać inaczej, jak tylko, że to on te słowa wymawiał. Obejrzałem najdokładniej
zwłoki, bawiłem jeszcze umyślnie jedną godzinę dłużej i przekonałem się zupełnie, że już nie żyje".
Pani Hauffe objaśniła rzecz tę później w następujący sposób: ,Z powodu ciężkiego smutku i rozmyślania nad stanem choroby mojego ojca i przeczuwania jego zgonu i z powodu najwyższego pragnienia dowiedzenia się, co się z nim dzieje, tak dalece umysł mój natężyłam, iż wpadłam w taki stan, w którym dusza moja wraz z duchem nerwowym wyszła tam z mojego ciała, odeszła ona tam ze słowem przez ducha mojego wyrzeczonym »0 Boże!« - z oddechem przeto »0 Boże« wyszła dusza moja, a oddech wstąpił w mą duszę, i dał się słyszeć powtórzonym, czyli odbitym o ducha nerwowego i o powietrze. Przy powrocie dusza moja odetchnęła jeszcze raz to słowo, które tutaj również dało się słyszeć, mnie zaś dało się słyszeć podwójnie, bo ten odgłos dział się w chwili powrotu duszy".
W ten sposób własnym językiem i własną terminologią opisało medium swoje przeżycie i wędrówkę eksterioryzacyjną do Oberstenfeld, potwierdzoną głosem usłyszanym przez doktora medycyny Fóhra.
Zdarzyło się, że kiedyś Kerner dostrzegł sobowtóra pani Hauffe. Mówi o tym co następuje: „gdy znowu jednego razu widziała sama siebie, a ja to spostrzegłem (!), wszedłem w środek pomiędzy nią i jej obraz. Powiedziała potem, że sprawiło to jej uczucie najbardziej przykre, albowiem odczuwała się wskutek tego jakby odciętą od swej duszy".
Relację swoją w omawianej kwestii kończy Kerner stwierdzając, co następuje:
„O nader wielu przykładach widzenia samego siebie, a nawet i o takich, że podwójne obrazy były widziane także przez innych, nic tu nie wspominam. Należą one mniej więcej do przykładów odnoszących się do spostrzegania widziadeł".
Inną ciekawą zdolnością paranormalną Fryderyki - należy tu podkreślić - zdolnością obiektywną, fizyczną, było sygnalizacyjne objawienie się za pomocą stukań w domach przyjaciół, mieszkających w pobliżu. Kerner, dowiedziawszy się o tym, zapytał jasnowidzącą pogrążoną w śnie magnetycznym, czy nie mogłaby o oznaczonej porze zapukać także w jego mieszkaniu oraz na jaką odległość działanie to da się przeprowadzić. Hauffe odpowiedziała, „iż dokaże tego, i że dla ducha jej odległość nie czyni żadnej różnicy, a to dzieje się przez ducha" (!)
Zapowiedziane doświadczenie rzeczywiście zostało wykonane, Kerner pisze o nim następująco:
„Dzień później, gdyśmy u siebie o godzinie jedenastej położyli się spać (mieszkanie nasze od jej mieszkania wówczas oddalone było o kilka domów) służące i dzieci już dobrze spały, my zaś jeszcze nie spaliśmy, zapukało coś w powietrzu nad naszymi głowami w pokoju. Po takim zapukaniu zapukano jeszcze sześć razy, każde pukanie następowało jedno po drugim w pół minuty tak, iż każde mogliśmy dokładnie słyszeć, i nad jego sposobem zastanowić się i rozmyślać, dopóki drugie nie nastąpiło. Pukania słyszeliśmy tak, jakby nastąpiły w jakimś wydrążeniu, a przecież były czyste, choć łagodne, przecież dawały się uczuwać. Przekonaliśmy się jak najdokładniej, że te pukania przez nikogo innego nie mogły być dokonane, wokoło nas nikogo nie było, nad nami zaś strych był zamknięty, i nikt na górze nie mógł się znajdować, nawet dom nasz stał całkiem odosobniony od innych domów, tak więc pukanie nie mogło pochodzić z sąsiedztwa.
Następnego wieczora zapytała nas w śnie magnetycznym, chociaż o owym pukaniu ani jej, ani komukolwiek innemu nic nie mówiliśmy, jak rychło ma znowu u nas pukać, dodała do tego, że pukanie takie jest dla niej szkodliwe, dlatego też odwiodłem ją nadal od tego.
Jednego razu później zapewniała mnie, że to pukanie dzieje się za pomocą ducha i powietrza, nie zaś duszy, a to przez natężoną wolę w głębokim śnie magnetycznym. Owo zaś zawołanie przy zwłokach jej ojca stało się za pomocą duszy, która wraz z duchem nerwowym opuściła na chwilę jej ciało, i powodem do tego były troski i niezłomne pragnienie dowiedzenia się, co się działo ze zdrowiem ojca".
Powyższe wyjaśnienie Fryderyki jest bardzo ważne. Dowodzi ono, że według niej jej zdalne stukania telekinetyczne zachodziły, po pierwsze, pod wpływem jej silnej woli, po wtóre zostało to uskutecznione w transie magnetycznym, po trzecie, działo się to, jak sama mówiła ,,za pomocą ducha i powietrza". Powietrze było więc zgodnie z prawami natury fizycznym sprawcą fenomenu wywołanego czynnikiem psychicznym, „duchem", jak twierdzi jasnowidząca. Ten schemat jest bardzo ciekawy i godny zastanowienia, tym bardziej że fenomen jest autentyczny. „Trans magnetyczny" -„duch" - „wola" - „powietrze" - oto ogniwa niezwykłej psychofizycznej, telekinetycznej manifestacji. Gdybyśmy byli w stanie je na żądanie uruchomić, moglibyśmy działać
tak samo jak Fryderyka Hauffe. Fakt, że uznała te doświadczenia 2a szkodliwe, nie powinien nam wydać się dziwny. Przecież działaniu fizycznemu i owej wolicjonalnej transformacji energii psychicznej i przemianie jej w manifestację mechaniczną musiało towarzyszyć olbrzymie wydatkowanie energii, a ta niezwykle schorowana, wrażliwa i słaba istota nie miała jej zbyt wiele. Tego rodzaju doświadczenia kosztowały ją utratę jej nikłych sił, których nie potrafiła i nie była w stanie szybko zregenerować. Słusznie więc postąpił Kerner, zakazując jej podobnych eksperymentów.
Jeśli zaś chodzi o eksterioryzację i o wypowiedzenie słów przy trumnie ojca, słyszanych przez doktora Fóhra, to Hauffe twierdziła, że działanie to doszło do skutku nie przy udziale ducha, lecz „za pomocą duszy, która wraz z duchem nerwowym opuściła na chwilę jej ciało" oraz że również i tutaj miało miejsce „niezłomne pragnienie dowiedzenia się, co się działo ze zdrowiem ojca", a więc była to manifestacja wolicjonalna.
Wielu autorów podkreśla, autor pracy niniejszej popiera ten pogląd w całej rozciągłości, że w opisanych praktykach podstawową rolę zawsze odgrywa wola. Od jej napięcia i pełnego wykorzystania towarzyszącego stanu emocjonalnego zależy wynik każdej próby. Niekiedy tę wolę wzmacnia się różnymi akcesoriami, biologicznymi, chemicznymi, mechanicznymi itd. Derwisze, pragnąc wprowadzić się w trans, wykonują długotrwałe tańce, szamani spożywają pewien rodzaj grzybów, święci i pokutnicy umartwiają swoje ciało, biczują się itd. Stosowanie tych różnych metod i środków nie zawsze jednak prowadzi do właściwego transu i nie zawsze pozwala eksperymentatorowi osiągnąć zamierzony cel.
Odnośnie do eksterioryzacji i pukań telekinetycznych Kerner wyjaśnia, że wydarzenia tego rodzaju zdarzają się często osobom znajdującym się w śnie magnetycznym. Ludzie ci mogą nie tylko manifestować się zdalnie za pomocą stukań, ale są w stanie również pokazywać się w całej postaci swoim przyjaciołom i krewnym oraz innym osobom, znajdującym się w odległych miejscowościach. Czasem następuje to w chwilach bardzo krytycznych, np. w chwili śmierci, gdy umierający ma niezłomne pragnienie pokazać się swoim bliskim. Kerner przytoczył kilka tego rodzaju wydarzeń, które opowiedzieli mu znajomi. Przytoczę tylko dwa.
„I tak - mówi on - przyjacielowi mojemu, doktorowi Seyffer w Heilbronn pokazała się w chwili swego zgonu jego krewna oddalona o milę, a panu Oestrlen, doktorowi medycyny, gdy jeszcze praktykował w Murhardt, okazał się w momencie swej śmierci szkolny jego- przyjaciel, książę Hohenlohe, który będąc postrzelony w udo, został w Ulm poddany amputacji i tamże zmarł".
Wypada obecnie powiedzieć kilka słów o magnetycznych manipulacjach stosowanych wobec jasnowidzącej oraz ojej tzw. śnie magnetycznym, którego to określenia używałem bardzo często, jednak bez bliższego wyjaśnienia. Kerner jest głęboko przekonany, że dzięki tym manipulacjom właśnie została na jakiś czas postawiona na nogi i że nastąpił silniejszy związek między jej ciałem i „duchem nerwowym". Niestety, ten ostatni termin nie został ani przez niego, ani przez Fryderykę dokładnie zdefiniowany i objaśniony. Zgodnie z zaleceniami chorej manipulacje magnetyczne odbywały się w następujący sposób.
„Najpierw siedem pociągnięć z rozszerzonymi palcami od czoła w tył ku uszom i przez obydwie strony szyi na dół (gdyż przez to działa się także, twierdziła ona, na móżdżek), po bokach piersiowych aż do słonecznego splotu nerwów. Potem trzy pociągi od czoła przez szyję, ramiona i przez całe ręce aż do koniuszka średnich palców, i tak samych pociągów trzy, aż do kolan. Te wszystkie pociągi mają zachodzić bez dotykania ciała".
Głaski odwrotne zawsze ją budziły lub wywierały na nią niekorzystny wpływ. Bliższe szczegóły do tej sprawy znajdują się w omawianej książce Kernera. „Za każdym razem, gdy była pogrążona w rzeczywistym śnie magnetycznym, trzymała ręce wyprężone na kołdrze i złożone na krzyż, potem wznosiła je tak samo złożone na krzyż aż do piersi i modliła się po cichu". Zwykle budzono ją kryształem górskim wkładanym do lewej ręki.
Żona Kernera miała na nią taki sam magnetyczny wpływ, jak on. Jasnowidząca twierdziła, że przez niego miała ona tę samą siłę, jaką i on na nią wywierał.
Podczas tych manipulacji zdarzały się również różne niezwykłe zjawiska. Jedno z nich, całkowicie nowe, choć już krótko o nim wspomniałem, nazwę „lewitacja magnetyczna" z jednoczesnym podkreśleniem, że była ona fenomenem obiektywnym. Na ten temat Kerner pisze w sposób następujący:
„Tak ja, jak i moja żona, mogliśmy wbrew wszelkim zasadom ciężkości gatunkowej podnosić ją (Fryderykę) wysoko w górę.
choć nawet uprzednio nie była w stanie wyprostować się, skoro palce nasze do jej palców przykładaliśmy, i takowe wznosili".
Jak wytłumaczyć to niezwykłe zdarzenie? W jego autentyczność nie możemy wątpić, choć przeczy ono prawom fizyki. Jedyne wytłumaczenie można sformułować zakładając, że medium było właśnie w transie i że manifestował się fenomen paranormalny, fenomen zgodny z prawami natury niestety zupełnie nam nieznanymi. Kerner opisał to doświadczenie bardzo lakonicznie i nie podał żadnych bliższych szczegółów. Nie ujawnił, jak odczuł w czasie podnoszenia Fryderyki ciężar jej ciała. Nie podał czasu trwania zjawiska i reakcji medium.
Interesująca jest sprawa analizy i stopni stanu magnetycznego jasnowidzącej oraz jej wewnętrzne odczucia. Kerner dość szczegółowo wypowiedział się na ten temat. Podzielił on stan magnetyczny chorej na cztery następujące stopnie:
1. Stały stan pozornego czuwania, w którym zawsze się znajdowała. Zdawała się być czuwająca, a jednak nie była nią, był to pierwszy stopień „życia wewnętrznego".
2. Stan marzenia magnetycznego.
3. Stan lekkiego snu magnetycznego (der halbwache Zus-tand). W nim mówiła i pisała w swoim „wewnętrznym" języku, o którym podam później bardziej szczegółowe informacje. Był to stan połowicznego czuwania.
4. Stan głębokiego snu magnetycznego, w którym całkowicie wkraczała do swego duchowego wnętrza i w którym stawała się jasnowidząca.
Pomiędzy trzecim i czwartym stanem występował jeszcze pośredni stan magnetyczny, tzw. kataleptyczny, w którym wpadała w odrętwienie i dostawała zimnych dreszczy.
Jasnowidząca mówiła: „W lekkim śnie magnetycznym myślę tylko móżdżkiem (cerebellum), samego zaś mózgu (cerebrum) nie czuję, musi on zasypiać. W tym stanie mogę więcej myśleć duszą: ona myśli jaśniej niż w stanie czuwającym, i duch ma zarazem na nią więcej wpływu aniżeli gdy czuwam, uczuwam go nieco zawsze z dołka pod sercem. W głębokim, czyli całkowicie sennym stanie magnetycznym duch mój ma pierwszeństwo, czuję i duszę, ale duch jej przewodzi. Kiedy jestem w głębokim jasnowidzącym śnie magnetycznym, myślę duchem w dołku pod sercem. W stanie czuwającym nie uczuwamy ducha, jak tylko bardzo mało, tylko cokolwiek. Ale człowiekiem, jakim on jest na tym tu świecie, najwięcej rządzi dusza. Cóżby się to nie działo, gdyby ludzie tylko
duchem objawiali swoje myśli! Gdyby duch miał wolność działania w całym swoim obwodzie! Duch może przenikać, dusza nie tyle, a w życiu takim jak tutejsze, człowiek nie powinien przenikać, nie powinien znać przyszłości, dlatego też w zwyczajnym stanie człowieka dusza ma więcej działania".
Mówiła to, gdy była głęboko magnetycznie uśpiona.
Fryderyka dokładnie opisała rozmaite stopnie swego stanu magnetycznego. „Tak zwany stan głębokiego magnetycznego uśpienia jest to życie, czyli działalność człowieka wewnętrznego, i w nim spoczywa dowód ciągłego życia i widzenia. Jest to wewnętrzna czynność człowieka, która w naturalnym i zdrowym człowieku jest jakby uśpiona... Stan głębokiego magnetycznego uśpienia wzniecony przez magnetyczne pociągi jest bezpiecznym i pewnym lekarstwem: ponieważ w jasnowidczym głębokim śnie występuje człowiek wewnętrzny na przód, i przeziera zewnętrznego, co jednak nie dzieje się ani we śnie, ani w marzeniu: bo dalej jest to stan najjaśniejszego czuwania, w którym żyje wewnętrzny duchowy człowiek, człowiek niczym nie skrępowany i wolny od ciała. Dlatego wolałabym głęboki sen magnetyczny nazywać raczej wystąpieniem wewnętrznego człowieka albo duchowym czuwaniem człowieka. To zaś czuwanie duchowe w tych chwilach tylko następuje, gdy to co śpi, gubi się samo w sobie, czyli wychodzi z siebie. W takich momentach tedy duch jest zupełnie wolny, może odłączyć się od duszy i ciała, i lotem błyskawicy iść gdzie chce. Również wtedy to, co śpi, do niczego takiego nie jest zdolne, co nie podoba się Bogu, i chociażby dusza jego czy mniej, czy więcej była nieczysta, to przecież niewątpliwie nie może ani zmyślać, ani się mamić. Szczebel taki nazwałabym trzecim stopniem jasnowidzenia.
Stopień drugi głębokiego snu magnetycznego jest pośledniejszy. Jest on wystąpieniem zupełnie wewnętrznego człowieka od duszy i ducha razem, nie zaś od samego ducha, jak to się w trzecim stopniu dzieje.
Jest on dlatego stopniem pośledniejszym, bo się tu znowu dusza łączy z duchem, więc też człowiek nie zostaje w stopniu tyle czystego duchowego widzenia, gdy dusza przecież mniej *więcej jest nieczysta; zupełnie bowiem czystej duszy nie można by wcale znaleźć...
W stanie zupełnie normalnym dusza ma siedlisko swoje w mózgu, zaś duch w dołku pod sercem. W stanie magnetycznym siedlisko duszy zbliża się mniej więcej ku siedlisku ducha.
jednakże u ludzi, którzy tylko żyją na zewnątrz, dusza ma przewagę nad duchem. W stanie zaś magnetycznym, w którym człowiek żyje więcej wewnętrznie, duch jest przeważający i bardziej wolny, dusza staje się mu bardziej podatna, bardziej przyjazna i jakby jednomyślna; skoro zaś duch od duszy (która nigdy nie uzyskuje zupełnej czystości) zupełnie nie może się uwolnić, wówczas (j&k rzeczono wyżej) następuje najwyższe czuwanie duchowe".
Enuncjacje naszej jasnowidzącej bez wątpienia są bardzo ciekawe i wprost rewelacyjne. Usiłuje ona odsłonić najgłębsze tajniki psychiki ludzkiej, znajdującej się w stanie normalnym i hipnotycznym. Jej opis struktury psychicznej i przemian, jakim ona podlega, na pewno zastanowi głęboko niejednego psychologa i neurologa. Nie mam tu na myśli materialistów-sceptyków, dla których te wszystkie wywody są zwykłą fantazją. Niestety, nie możemy całkowicie pojąć języka Hauffe i dowiedzieć się od niej, co rozumiała pod tajemniczymi pojęciami: „duch", „dusza" i „duch nerwowy", którymi nieustannie operowała i za pomocą których tłumaczyła przeżywane przez siebie stany magnetyczne. Nie mniej zastanawiające jest, i zarazem godne podziwu, że niewykształcona, schorowana i bliska śmierci kobieta potrafiła tak szczegółowo i dokładnie przedstawić i objaśnić niezwykle zawiły mechanizm działania psychiki ludzkiej, wprowadzając do niego fenomenologię paranormalną.
Omówię teraz następny niezwykły fenomen paranormalny godny ze wszech miar zanotowania, mianowicie wspomniany już kilkakrotnie „język wewnętrzny" jasnowidzącej. Kerner podaje, że w stanie lekkiego snu magnetycznego (halbwacher Zustand) posługiwała się ona swobodnie jakimś obcym językiem, podobnym do orientalnego, natomiast w stanie czuwania nic o tej mowie nie wiedziała. Uważała ją za naturalny własny język, którym mówiono za czasów Jakuba (?) i twierdziła, że każdy człowiek ma podobny własny język. Hauffe wyprowadzała go z liczb 10 i 17 będących jej „liczbami wewnętrznymi". Z nich tworzyła także odmienne od normalnego, odrębne pismo i liczby, bo pismo i liczby są zawsze ze sobą połączone.
Kernerowi wydawał się ten język „głośno brzmiącym" (jak przekłada jego określenie tłumacz W.T. Matuszewski), choć posiadał tony gardłowe, jak np. w wyrazie „dahnachan". „Jej wyrazy - mówi autor - w tym, co chciała dać do zrozumienia, były tak konsekwentnie wymawiane, że ludzie, z którymi dłuższy czas obcowała, przyzwyczaili się po trosze i rozumieli jej wypowiedzi". Hauffe twierdziła, że w języku tym może najdokładniej wypowiadać swe najbardziej wewnętrzne uczucia, a gdy chce je wyrazić w języku niemieckim, musi dopiero tłumaczyć z tej mowy. Język ten będący językiem jej życia wewnętrznego nie pochodzi z mózgu, lecz z ,,dołka pod sercem". Takie wyrażenia, jak imiona, godności itp. nie występowały w nim i na ich określenie musiała używać liczb.
Kerner spowodował, że językiem Hauffe zainteresowało się kilku nie wymienionych z nazwiska filologów. Uważali oni, że jest on podobny do języka koptyjskiego, arabskiego i hebrajskiego. Nie będę tu podawał szczegółowo rozbioru przedstawionego przez owych uczonych, a interesującego jedynie filologów. Dla przykładu podam tylko, że słowo „Elschaddai", które często używała do wyrażenia Boga, znaczy po hebrajsku ,,samodzielny, wszechmogący".
A oto kilka innych słów i ich znaczenia: „Handacadi" oznacza lekarza, Alentana - kobietę, Chlann - szklankę, Schmado
- księżyc, Nohin - nie, Nohiane - słowik, Bianna fina - kwiat różnokolorowy, Moi - jak, Toi - co, O pasąua non ti biat handacadi - lekarzu, nie chcesz mi podać ręki? O mia criss - ja jestem, O mia da -ja mam, Un - dwa, Jo - sto, Quin - trzydzieści, Bona finto girro - potrzeba odejść, Girro danin chado - potrzeba tu zostać, Optini poga - ty musisz spać, Mo li arato - ja spoczywam, O minio pachadastin - ja usnęłam, Posi anin cotta
- pierścień (koło) się napełnia.
Znaki pisemne tej mowy były dla niej zawsze połączone z liczbami. Mawiała: „Znak liczbowy wprowadza w głębsze pojęcie napisanego słowa".
„Doskonałego abecadła tego języka - mówi Kerner - nie umiała podać do
wiadomości, mówiła bowiem, że często pojedyncza litera tego pisma znaczy całe
słowo. Pojedyncze litery zamieszczone są na rycinie". Słowa i liczby należy
czytać od strony prawej do lewej, tak jak w językach wschodnich. Dla nas dzisiaj
fragmenty tego pisma, pozostawione przez Fryderykę, stanowią całkowitą zagadkę.
Nie wiemy bowiem, w jaki sposób niewykształcona, wiejska kobieta posługująca się
najczystszą niemczyzną, nagle stworzyła ów tajemniczy język i pismo, i w jaki
sposób mogła całkiem swobodnie nimi się posługiwać. Jak opracowała słownictwo,
gramatykę, składnię, skoro nie prowadziła żadnych odrębnych prac w tej
dziedzinie, sprawa ta w żaden logiczny sposób nie daje się wyjaśnić, a jednak język Fryderyki Hauffe rzeczywiście istniał.
Kerner podkreśla, że jasnowidząca „zawsze liczyła", nawet w czasie swych kurczy, które także miały swoje liczby. We wcześniejszych snach magnetycznych dowodziła, że w „życiu wewnętrznym" wszystko zależy od liczby i rachunku.
Na uwagę zasługują jeszcze inne rewelacje przekazane przez jasnowidzącą, jak np. informacja dotycząca odczuć człowieka w momencie śmierci. Wszystkie jej wywody dotyczące tej kwestii pozostają w ścisłym związku z jej spirytualistycznym światopoglądem i przekonaniem o istnieniu „ducha", „duszy" i „ducha nerwowego".
Według niej „duch nerwowy pozostaje w związku ze światem zewnętrznym za pośrednictwem ciała, dusza z ciałem za pośrednictwem ducha nerwowego, duch intelektualny z duchem nerwowym za pośrednictwem duszy, a to, co jest boskie, połączone jest z duszą za pośrednictwem ducha. A tak przez nieustanną łączność ciągnie się wspólny związek od najniższego, aż do najwyższego członka tej artykulacji".
„Porządek zatem tego szeregu - dodaje tłumacz - jest następujący: 1. Świat zewnętrzny. 2. Ciało ludzkie. 3. Duch nerwowy. 4. Dusza. 5. Duch. 6. To, co autor nazywa boskim, czyli od Bóstwa najbliżej pochodzącym".
Gdy „duch nerwowy" połączony jest z duszą, przybiera jej kształt i barwę. Według Hauffe w momencie śmierci następuje „odłączenie" „ducha" od „ducha nerwowego" i „duszy", która pozostaje w związku z ciałem. „Wychodzi on przez centrum koła słonecznego, przez środek koła życia i przez duszę na wskroś".
Takie „odłączenie" zachodzi również w stanie magnetycznym i Hauffe często go doświadczała. „Duch" wtedy staje się „bezsilny", ale jasnowidząca nie potrafiła objaśnić, co sprawia tę bezsilność i na czym ona polega. Jej zdaniem „duch" przez pewien czas znajduje się w pobliżu umierającego. Od tej chwili konający nie wie, co się z nim dzieje i nie może opisać swego stanu. Mowa jego jest nieartykułowana. „Jest to chwila wielkiego zamieszania" - mówi Hauffe. „Dusza" pragnie uwolnić się z ciała i połączyć z „duchem", bez którego nie może istnieć. „Jest to chwila walki ze śmiercią (chwila konania). Podczas naturalnej śmierci dzieje się to dłużej lub krócej, zależnie od tego, jak dusza z tego, co jest ziemskie, trudniej lub łatwiej zdoła się uwolnić". Gdy wreszcie nastąpi to „odłączenie" i gdy „dusza" „jest tak czysta jak duch, staje się oponą ducha jakby najbardziej czysty promień światła. W takiej chwili objawia się duchowi całe przeszłe życie w jednej liczbie i słowie, a według tej liczby i słowa, staje on w miejscu swego przeznaczenia.
Warto tu przytoczyć fakt znany powszechnie, że wielu ludzi w krytycznych chwilach życia, np. w momencie tonięcia, spadania ze skały itp., w mgnieniu oka przypominało sobie całe własne życie, które w postaci błyskawicznego filmu przewijało się w świadomości.
Mimo wielu trudności jasnowidząca usiłowała wyjaśnić, co rozumie przez „ducha nerwowego" i co „duchowego" występuje w procesach w przewodach nerwowych. Wywody te są ciekawe choćby z tego względu, że Hauffe łączy „ducha nerwowego" z jakąś materią występującą w powietrzu oraz dowodzi, że znosi on siłę grawitacji. Przytaczam tu jej słowa w dosłownym brzmieniu:
„Spostrzegam (mówiła ona jeszcze przy objaśnieniu swego koła słonecznego), że na nerwach w obwodzie, gdzie to koło uczuwam, jest jeszcze coś takiego, co wyższym jest niż nerwy, co mi daje uczucie owego koła, i co ja usiłuję nazwać duchem nerwowym.
Za pomocą tego ducha nerwowego (twierdziła później) łączy się dusza z ciałem, a ciało ze światem. U mnie nader łatwo duch nerwowy odłącza się od duszy i od nerwów, i to jest najbardziej pryncypialną przyczyną mego nadzwyczajnego stanu. Jeżeli dusza nie jest całkowicie czystą, zdolną zbawienia, tedy ten duch nerwowy po śmierci przechodzi wraz z duszą na drugi świat, i nie podlega żadnemu zniszczeniu. Dusza formuje za pomocą tego ducha nerwowego eteryczną oponę wokoło ducha. Ten duch nerwowy po śmierci jest zdolny wzrastać, i za jego to pomocą, czyli przez niego w połączeniu z pewną materią, którą on z powietrza przyciąga, mogą duchy pośredniego świata wydawać tony i przez nie dawać się poznać ludziom, przez niego również, czyli za jego pomocą mogą znosić ciężkość gatunkową ciał, to jest odejmować, czyli niszczyć tę siłę ciążącą tak, iż z miejsca jednego na drugie posuwać, podnosić, przerzucać itp. wszelkie ciała są zdolne, a nawet przez niego są w stanie dać się uczuwać ludziom".
A więc mamy tu objaśnienie mechanizmu psychokinezy zgodnie ze światopoglądem jasnowidzącej, według której zjawisko to wywołane jest przez „duchy". Kerner zaznacza, że wszystkie powyższe wyjaśnienia naszej jasnowidzącej zostały podane
zgodnie z jej wypowiedziami, i że zawsze używał jej własnych wyrazów oraz że nie zawierają one żadnych uzupełnień. Oczywiście, interpretacja niektórych zjawisk parapsychicznych przez jasnowidzącą z Prevorst nie ma charakteru naukowo-przyrodniczego.
Wypowiadając własny pogląd na „koło słoneczne" Kerner uważa, że przedstawia ono różne stany magnetycznego życia jasnowidzącej, w którym mieści się coś bardziej tajemniczego, aniżeli w życiu normalnym. Jej „matematyczny" mistycyzm można porównać z mistycyzmem Platona, Pitagorasa, Novalisa i Swedenborga.
„Koło słoneczne" i „koło życia" przypominają koło Platona, z których jedno nazywa on „ruchem duszy" (co według jasnowidzącej jest „Kołem życia"), drugie zaś - ruchem kosmosu i krążących planet (co nasza jasnowidząca zwie „Kołem słonecznym").
Nad wyjaśnieniem znaczenia owych kół Fryderyki pracował również przyjaciel Kernera, profesor Eschenmeyer, który osobiście kontaktował się z jasnowidzącą, dokładnie wypytywał ją o różne szczegóły i potem opracował obszerne objaśnienia w ujęciu filozoficznym i religijnym. Czytelników zainteresowanych tym przedmiotem odsyłam do omawianego przeze mnie dzieła.
Kerner przytoczył ciekawe zdarzenie. Przez cały rok Hauffe nie widziała narysowanego przez siebie „Koła życia" wraz z rozmieszczonym na nim pismem jej „mowy wewnętrznej", gdy lekarz niespodziewanie pokazał jej litograficzną kopię jej rysunku. Przeczytała dokładnie pismo i stwierdziła, że jeden punkt przy pewnym znaku został dodany błędnie (!). Nie miała w ręku oryginału, a gdy Kerner później sprawdził i porównał oba rysunki, stwierdził, że rzeczywiście ów punkt został umieszczony nieprawidłowo. Zapytał wówczas Fryderykę, czy należy go usunąć, ale odradziła mu to stwierdzając, że i tak tych znaków poza nią nikt nie rozumie.
Fryderyka Hauffe „przebudziła się" 19 listopada 1827 r. ze swego snu magnetycznego, trwającego od 25 listopada 1826. Potem już żyła bardzo krótko. Zmarła 5 maja 1829 roku w Lówenstein, w pobliżu miejsca swego urodzenia, zabierając do grobu większość tajemnic swego niezwykłego życia. Na jej grobie został postawiony przez hrabiego Maldeghema duży metalowy krzyż, widoczny z daleka w blasku słońca.
|